Autor:
Gniewomir 'triki' TrockiRedakcja: Karolina 'Viriel' Bujnowska

Arvel siedzia³a oparta o ¶wierk. Zmêczenie da³o jej siê we znaki, opar³a wiêc g³owê o pieñ. Morr zsy³aj±c sen, pozwoli³ odpocz±æ jej cia³u.
- Czy wszystko w porz±dku? – pytanie wyrwa³o j± ze snu. – Nie zimno ci pani w stopy? Wszak ch³ód jeszcze nie odszed³ na dobre.
- Dziêkujê za troskê – powiedzia³a podnosz±c siê.
Obok niej sta³ wyra¼nie zaniepokojony mê¿czyzna. Dalej na trakcie zauwa¿y³a mu³a zaprzêgniêtego do wozu, na którym le¿a³a kobieta.
- Jeszcze nie regenerujê si³ tak szybko jak powinnam – mówi³a k³ad±c rêkê na barku mê¿czyzny – ale z ka¿dym dniem powinno byæ lepiej.
- Na imiê mi Rudolf. Mam jakie¶ skrawki materia³u, chêtnie zamieniê je na co¶…
- A na co mi sukno? – przerwa³a.
- Je¶li dobrze je nim owiniesz - mê¿czyzna wskaza³ na jej bose stopy- i przywi±¿esz rzemieniami, to zatrzymaj± ciep³o i zmniejsz± trudy wêdrówki.
Zaloguj siê aby wy³±czyæ tê reklamê
- Nie trzeba – odpowiedzia³a cicho.Skupi³a wzrok na kobiecie.
- Dok±d pod±¿acie? – zapyta³a obchodz±c rozmówcê i zbli¿aj±c siê do wozu.
- Ulryk nie okaza³ nam ³aski tej zimy. Pod±¿amy za chlebem, modlitw± i cyrulikiem, do Salzenmund - dorówna³ kroku Arvel –Silveg, znaczy ¿ona moja – wskaza³ na wóz - nie czuje siê najlepiej.
Arvel podesz³a do wozu. Pog³adzi³a po g³owie le¿±c± na nim kobietê.
- Nie gor±czkujê, to dobry znak.
- Jeste¶ zielark± pani?
Przesuwa³a rêkê ni¿ej, docieraj±c do podbrzusza.
- Jest brzemienna – zamilk³a zamykaj±c na chwilê oczy – nic jej nie bêdzie, ani jej, ani waszej dziatwie.
- Dziatwie? – ze zdziwieniem spyta³ Rudolf.
- Tak, to bli¼niaki…
***
Ludzie mawiaj±, ¿e bogowie wyznaczaj± liniê ¿ycia ka¿dego ze ¶miertelników. W przypadku Arvel, ingerencjê bosk± widaæ by³o a¿ nadto. Urodzi³a siê w Dniu S³oñca, co przez miejscowych odczytane zosta³o jako znak od Rhyi. Ulryk zdawa³ siê zamra¿aæ j± w zimowe pory, Manann w letnie dni zawsze ³askawie zsy³a³ jej pomy¶lne wiatry, a gdy Taal przejmowa³ w³adzê nad aur±, obdarza³ j± niespo¿ytymi si³ami. Wybraniec bo¿y – tak nazywali j± w Ragen. Choæ wyjecha³a stamt±d w bardzo m³odym wieku, od kilku lat, co roku w przeddzieñ Mitterfruhl wraca³a do rodzinnej osady. Równie¿ przed tegorocznym przesileniem.
***
Berta siedzia³a przy strumieniu, wodz±c wzrokiem po lesie. S³oñce chyli³o siê ku koronom drzew, a ch³odny wiatr tañczy³ miêdzy pniami. Trzask ga³êzi spowodowa³, i¿ omal nie podskoczy³a. Natychmiast skupi³a wzrok w miejscu, z którego dobieg³ d¼wiêk.
- Witaj przyjació³ko – us³ysza³a za pleców.
- Do czorta – krzyknê³a przestraszona – skradasz siê jak dzieciê Ranalda.
Po chwili utonê³a w ramionach Arvel.
- Wszyscy ju¿ czekaj±. Ma³a Rudi te¿. To dziêki twojemu b³ogos³awieñstwu, to dziêki…
- Ja te¿ siê cieszê, ¿e tu jestem – g³adzi³a j± po g³owie Arvel – chod¼my, opowiesz mi wszystko po drodze.
***
Jak co roku przyjêli j± ciep³o, u¶ciskom i powitaniom nie by³o koñca. Wszyscy doro¶li mieszkañcy wioski zebrali siê przed domem so³tysa, gdzie rozpalono wielkie ognisko. Gdy pierwsze podniecenie opad³o, so³tys zwróci³ siê do miejscowych my¶liwych:
- Bertholdzie, Felixie przynie¶cie dary Taala, niech nasz go¶æ je pob³ogos³awi.
- Braxie – odrzek³a Arvel – ja nie jestem kap³ank±…
- Ale¿ dziecko moje, jeste¶ wró¿b± wiosny, pos³ank± p³odno¶ci – zmiesza³ siê na chwilê – przepraszam, ale nie mogê siê przyzwyczaiæ, ¿e nie jeste¶ ju¿ ma³ym oseskiem – mówi³ ze wzrokiem skierowanym w ziemiê. - Pamiêtam jak z córk± zielarki biega³y¶cie po ³±kach, zbiera³y¶cie w lesie jagody. Dzi¶ – zaduma i powaga pojawi³y siê w jego g³osie – jeste¶ ju¿ doros³±, piêkn± kobiet±, a Berta ju¿ sama jest matk±…
- I to dziêki tobie druhno… – wtr±ci³a Berta.
My¶liwi zaczêli znosiæ dary lasu. Dwie sarny, kilkana¶cie zajêcy, suszone grzyby i zio³a przygotowane by³y specjalnie na przyjazd go¶cia. Zabawa trwa³a do pó¼nej nocy. Arvel jad³a niewiele, wina nawet nie skosztowa³a. Unika³a rozmów i pytañ, ca³y czas co¶ nie dawa³o jej spokoju.
***
Arvel sta³a przy g³ównej studni obserwuj±c, jak w wiosennych promieniach s³oñca wie¶ budzi siê do ¿ycia. Kobiety szykowa³y porann± strawê, dzieci bawi³y siê z psami, mê¿czy¼ni schodzili siê przy gospodzie rozmawiaj±c o przygotowaniach do wieczornego ¶wiêta. Bardzo ceni³a sobie to, jak blisko ¿yj± z natur±, jak pokornie poddaj± siê jej wyrokom.
Opu¶ci³a to miejsce jako trzynastolatka. Nie wraca³a do wspomnieñ z dzieciñstwa. Sta³y siê dla niej zamkniêt± ksiêg±. Tak by³o ³atwiej. Tam gdzie pobiera³a nauki, s³ysza³a, ¿e piorun nie trafia dwa razy w to samo drzewo. Zimowe sny, zmys³y i intuicja podpowiada³y, ¿e znalaz³a wyj±tek od tej regu³y. Dzi¶ mija szósty rok, dzi¶ bêdzie mia³a pewno¶æ. Co¶ w niej chcia³o, by siê myli³a.
***
Jak co roku, kilka godzin przed zmrokiem, wszyscy mieszkañcy spotkali siê przy starym dêbie, który uznawali za ¶wiête miejsce.
- Proszê o ciszê – zwróci³a siê do wszystkich miejscowa zielarka.
- Cisza, Elenor was o co¶ prosi – krzykn±³ Brax.
Ubrana w zielone szaty, starsza kobieta podesz³a pod d±b. ¦ci±gnê³a z g³owy kaptur i wyci±gnê³a rêce do góry.
- Matko p³odno¶ci, ojcze puszczy, patronie mórz – inkantowa³a wznosz±c rêce – wzywamy was, witamy was i dziêkujemy wam. Wznosimy mod³y nasze, aby prosiæ o wasz± ³askê i pos³uchanie…
Arvel rozejrza³a siê po zebranych. Gdy mia³a pewno¶æ, ¿e wszyscy pogr±¿yli siê w mod³ach, oddali³a siê na kilka kroków i stanê³a w cieniu lasu. Opu¶ci³a wzrok i mamrocz±c pod nosem, obraca³a nadgarstkami, jakby zwija³a sznurek w k³êbek. Nag³y wiatr rozwia³ jej w³osy, podnios³a g³owê, a wokó³ jej oczu k³êbi³a siê zielona mg³a. B³ysk pioruna, który uderzy³ gdzie¶ niedaleko burz±c zadumê modl±cych siê, roz¶wietli³ polanê. Po kilku sekundach krótki, g³o¶ny huk rozszed³ siê po lesie. Krople deszczu spad³y na zebranych.
- Dziêkujemy ci za przybycie ojcze nied¼wiedzi, a ciebie panie wilków ¿egnamy – modli³a siê Elenor. Arvel za¶ przygl±da³a siê wiernym.
- Burza to dobry znak. Mrozy ju¿ nie wróc±. Módlmy siê, by las i w tym roku nas wy¿ywi³.
Przed oczyma Arvel rozpo¶ciera³y siê dwa obrazy. Jeden przedstawia³ rzeczywisty stan rzeczy, drugi nak³ada³ nañ pryzmat wiatrów magii. Deszcz o zielonej po¶wiacie zacz±³ padaæ mocniej. Zielona mg³a tañczy³a bezw³adnie wokó³ le¶nego runa, co jaki¶ czas wyrzucaj±c ku górze smugi, które opadaj±c powoli kr±¿y³y wokó³ dêbu. Ghyran budzi³ do ¿ycia florê i faunê.
Nagle czarodziejka poczu³a co¶ niepokoj±cego. Ogromn± si³ê, któr± porównaæ mog³a jedynie do mocy wodospadu lub sztormu. Takie skupienie energii, mog³o stanowiæ zagro¿enie nawet dla matki Matrony. Przyklêk³a na kolanie, dotykaj±c rêk± mokrej ziemi. Po chwili jadeitowe wici dymu otoczy³y jej palce. Drug± rêkê opar³a siê o konar drzewa. Opar wokó³ jej oczu gêstnia³, spogl±da³a w las oczekuj±c nieznanego.
Kolejne wydarzenia zdawa³y siê byæ rekonstrukcj± jej snów i wizji. Ogromny s³up jadeitowego ¶wiat³a uderzy³ w d±b. Mieszkañcy wioski odczuli tylko powiew wiatru. Tylko ona widzia³a, jak stare drzewo przepe³nia energia. Mog³aby przysi±¶æ, ¿e na jej oczach, na ga³êziach zaczê³y pojawiaæ siê p±ki. Po chwili kawa³ek kory ukruszy³ siê, tworz±c dziurê w pniu. Zielona wi±zka wydosta³a siê z konaru i zaczê³a kr±¿yæ wokó³ zebranych.
- A jednak sny mnie nie zwodzi³y – szepnê³a do siebie.
Uwolniona wi±zka energii zdawa³a siê przyci±gaæ do siebie du¿± czê¶æ roz¶cielonej na ¶ció³ce mg³y. Krople potu pojawi³y siê na czole Avrel, a gdy si³y witalne zdawa³y siê j± ju¿ opuszczaæ, zauwa¿y³a mg³ê koncentruj±c± siê wokó³ Rudi.
- To jeszcze dziecko – krzyknê³a magister ¿ycia – Mo¿e tego…
Energia, która j± oplot³a zacisnê³a siê wokó³ dziewczynki i wch³ania³a siê przez jej skórê. Rudi upad³a na ziemiê. Wszyscy odwrócili siê w stronê Arvel. Opiera³a siê o pieñ, z jej twarzy bi³o wyczerpanie, a rêk± wskaza³a na dziecko.
- Rudi, moje dziecko, Rudi co ci jest – rozleg³o siê szlochanie Berty.
Deszcz zamieni³ siê w ulewê, która pada³a pó¼niej przez trzy kolejne tygodnie. Czarodziejka z trudem podnios³a siê i skierowa³a ku dziewczynce.
- Arvel, Arvel! – krzycza³a matka – pomó¿ jej!
- Muszê j± zabraæ – mamrota³a Arvel klêkaj±c przy Rudi – teraz jest zbyt du¿ym zagro¿eniem dla was i dla siebie samej. Potrzebuje opieki kogo¶, kto odpowiednio ni± pokieruje... Tak mi przykro…
- Co ty pleciesz, przecie¿ to jeszcze dziecko – szlocha³a Berta – Na Sigmara, pomó¿ jej. To jeszcze dziecko! Ona jest za ma³a by wieczerzaæ z Morrem.
Arvel patrzy³a na ni±, staraj±c zachowaæ spokój. Jej twarz, mimo zmêczenia, by³a kamienna. Mimo doskona³ego wykszta³cenia, znajomo¶ci jêzyków, elokwencji, nie potrafi³a znale¼æ teraz s³ów. Uklêk³a naprzeciw rozgoryczonej matki, a jej my¶li ogarn±³ niepokój.
"Odbieraæ dziecko matce, to najgorsza zbrodnia. Znienawidzi³aby¶ mnie ukochana druhno, gdyby¶ wiedzia³a… Ghyran dokona³ wyboru ju¿ dawno, nie zostawiaj±c go mi."
***
- Witaj Wielka Matrono.
- B±d¼ pozdrowiona Arvel Zenten. Mia³a¶ racjê, ¿e wielkim darem obdarowane jest te dzieciê.
Podesz³a do dziewczynki. Ukucnê³a tak, by jej g³owa by³a na wysoko¶ci g³owy dziecka. Po³o¿y³a palec wskazuj±cy na podbródku Rudi i podnios³a jej g³owê do góry.
- Jestem Tochter Grunfeld, arcymag Kolegium Jadeitu, Wielka Matka Druidów, Matrona Magistrów ¯ycia – g³adzi³a j± po policzku – A ty, ma³y szkrabie, masz wielki dar i to ty kiedy¶ zajmiesz moje miejsce.
- Ja chce do domu, do mamy – ³zy zaczê³y ¶ciekaæ po policzkach Rudi.
- Od dzi¶ to jest twój dom, a ja jestem twoj± mam±.
Waszym zdaniem...
Komentowanie w tym dziale dostêpne jest po zalogowaniu.