Autor:
Daniel 'karp' KarpiñskiIlustracje: piotr 'chrzan' chrzanowski
Redakcja: Karolina 'Viriel' Bujnowska

Magnus przeklina³ dzieñ, w którym pozna³ Maciorê. Fakt, nie mo¿na powiedzieæ, ¿eby wówczas siê z tego nie cieszy³ – nie do¶æ, ¿e upiek³o mu siê solidne mordobicie, to jeszcze znalaz³ pracodawcê. Do¶æ szybko jednak wysz³o szyd³o z worka. Magnus nigdy nie ba³ siê oberwaæ, wszak ulice Nuln to nie salony, ale co innego burdy i ³amanie innym nosów, a co innego kopanie we trzech le¿±cego, czy gro¿enie jego rodzinie. Nie nadawa³ siê do takiej "roboty" i wiedzia³, ¿e bêd± z tego problemy.
Gdy by³ m³ody, zawsze trzyma³ z braæmi. Owszem, byli te¿ kumple, ale rodzina to jednak co innego. Wpoi³ mu to ojciec, który do koñca swych dni ¿a³owa³, ¿e nie zosta³ kap³anem Sigmara. Staruszek próbowa³ to sobie zrekompensowaæ porz±dnym wychowaniem synów, ale ¿aden z nich nie wst±pi³ na s³u¿bê do ¶wi±tyni. Da³ im nawet imiona po znamienitych cesarzach: Magnus, Hundrot i Mandred. Bracia mieli l¿ej, wszak ich imiennicy to Smokobójca i Szczurobójca, ale Magnus nosi³ przydomek Pobo¿ny, co najstarszemu z braci zapewni³o przezwisko ¦wiêtoszek. Nie lubi³ gdy tak go nazywano i potrafi³ to okazaæ, ale przezwisko i tak zosta³o.
Zaloguj siê aby wy³±czyæ tê reklamê
Mo¿e gdyby nie przezwisko, nie by³by taki skory do bitki, a wówczas kto wie - mo¿e w "Pijanym Marienburgczyku" nie z³ama³by nosa Paluchowi i nie narazi³ siê na odwet jego kumpli. Nie pozna³by ich pryncypa³a, Maciory, i nie wpakowa³ siê w to bagno. O tym w³a¶nie my¶la³, kopi±c le¿±cego zbira po brzuchu, g³owie i rêkach. Zbira, który jeszcze nie tak dawno by³ jego kompanem.
Posz³o o kupca Joachima Pferdemanna, a w³a¶ciwie o jego syna. Stary nie zap³aci³ w terminie odsetek od po¿yczki, t³umacz±c siê zastojem w interesie. Nie sz³o mu za dobrze, ale lepiej nie zap³aciæ podatków ni¿ nie oddaæ Maciorze, bo to pierwsze koñczy siê co najwy¿ej konfiskat± mienia albo wiêzieniem, a to drugie… Ludzie Maciory, czyli Magnus wraz z kompanami, obili Pferdemanna dwukrotnie, zdemolowali mu kantor, odstraszyli klientów i okradli. Zdawaæ by siê mog³o, ¿e to koniec, ale jednak nie - Maciora chcia³ pieniêdzy i mia³ pomys³, jak je dostaæ. Magnus wiedzia³, ¿e na tym siê nie skoñczy.
Pferdemann mia³ syna Karla. Z³ama³ siê, szlocha³, prosi³, b³aga³ – wszystko, tylko nie jego dzieciak - ci±gle nie mia³ jednak pieniêdzy. Maciora tym razem ¼le wybra³ ludzi, bo z³ama³ siê nie tylko Pferdemann. Magnus te¿ mia³ syna, zupe³nie innego ni¿ ten cherlawy dwunastolatek, ale rozumia³ starego kupca.
Dlatego, zamiast groziæ Pferdemannowi, kopa³ swego kompana Ulricha, który nie potrafi³ tego zrozumieæ. Mo¿e Magnus da³by mu spokój, gdyby wiedzia³, ¿e nawet tak wielki ch³op mo¿e umrzeæ od wielu obra¿eñ wewnêtrznych; odpu¶ci³by nawet mimo ¿e to Ulrich pierwszy wyj±³ nó¿. Ale ¦wiêtoszek tego nie wiedzia³, tote¿ Ulrich zmar³ dwa dni pó¼niej.
*****
Dopadli go w Ma³ym Miragliano, tileañskiej dzielnicy po³o¿onej ledwie dwie ulice od jego rodzinnego domu. Gdy mia³ dwana¶cie lat, niemal w tym samym miejscu oberwa³ od tileañskich rówie¶ników. Wówczas pomogli mu bracia, których teraz jednak nie by³o. Podobnie, jak przed ponad dwudziestu laty napastników by³o czterech, z t± jednak ró¿nic±, ¿e za pasami mieli ostre no¿e, a w rêkach okute ¿elazem pa³ki.
Zaszli go z dwóch stron ulicy: na wprost mia³ Palucha i Karla Szczura, a za plecami D³ugiego Alberta i Prosiaka, pupila Maciory. Paluch szczerzy³ zêby, a raczej to, co z nich zosta³o, w nieszczerym u¶miechu – mia³ z Magnusem na pieñku od ich pierwszego spotkania i mo¿na powiedzieæ, ¿e d³ugo czeka³ na tê chwilê.
- Kogó¿ to moje nieszczê¶liwe oczy widz±? – wycedzi³. – Nasz ch³opaczek wraca do domu. Pewnie ze ¶wi±tyni, he, he. Ale tym razem mod³y nie pomog±, ¦wiêtoszku, tym razem bêdzie bola³o, oj, bêdzie...
- Tak, jak ostatnio? – zapyta³ Magnus i uprzedzaj±c atak, uderzy³ napastnika g³ow± w nos.
Paluch zawy³, ale usta³ na nogach. Magnus chcia³ poprawiæ, ale nie zd±¿y³. Pierwsza pa³ka uderzy³a poni¿ej kolana, a druga niemal równocze¶nie w ¿ebra. Upad³, stara³ siê zakryæ g³owê, lecz nie by³ w stanie powstrzymaæ ciosów wymierzanych ciê¿kimi butami.
- Bêdê ciê kopa³… jak ty Ulricha… psie… a¿ zdechniesz… – wycharcza³ Paluch, trzymaj±c siê za nos – a potem odwiedzê twoj± matkê, bo wiem, gdzie mieszkasz...
Magnus próbowa³ poderwaæ siê na nogi, ale kolejne uderzenie przygniot³o go do ziemi. Z pobliskiej karczmy "Kwiat Miragliano" wysz³o kilku podpitych Tileañczyków. Beznamiêtnie obserwowali zaj¶cie – zatargi miêdzy miejscowymi nigdy ich nie interesowa³y. Magnus zdo³a³ wydusiæ z siebie ledwie dwa s³owa:
"Ratujcie bracia!" Zapewne nie wywar³by tym ¿adnego wra¿enia, gdyby nie fakt, ¿e by³o to jedyne zdanie, jakie potrafi³ powiedzieæ po tileañsku.
By³o zbyt ciemno, aby rozpoznaæ le¿±c± w rynsztoku ofiarê. Jeden z Tileañczyków cofn±³ siê do karczmy i po chwili na ulicê wybieg³o kilku jego kompanów. W rêkach zal¶ni³y sztylety, w drzwiach zamajaczy³a wynoszona, mimo lamentów szynkarki, ³awa. Prosiak przytomnie rzuci³ siê do ucieczki, ale jego kompani nie byli na tyle rozs±dni. Wywi±za³a siê krótka, nierówna walka. Paluch wywija³ m³yñca okut± pa³k±, D³ugi Albert próbowa³ pój¶æ w jego ¶lady, ale trzymana przez Tileañczyka ³awa mia³a wiêkszy zasiêg i wymierzone ni± silne uderzenie podciê³o mu nogi. Szczur oberwa³ sztyletem pod ¿ebra, cienka stru¿ka krwi i ¶liny ciek³a mu z ust.
Le¿±cy Magnus, znalaz³szy siê nagle poza zainteresowaniem obu grup, z najwy¿szym trudem odpe³z³ w pobliski zau³ek. Broczy³ krwi± z wielu ran, mia³ pêkniête ¿ebra, zwichniêt± lew± kostkê i bez liku siniaków. Wspieraj±c siê ramieniem o parkan, wsta³ i ruszy³ w stronê domu. Za jego plecami dogorywa³a walka: Karl Szczur zdycha³ w rynsztoku, le¿±cego D³ugiego Alberta kopa³o trzech Tileañczyków i tylko Paluchowi uda³o siê przebiæ. Przed chwil± my¶liwy, teraz zwierzyna, utykaj±c ucieka³ przed dwoma napastnikami.
Magnus nie móg³ pozostaæ na miejscu, bo Tileañczycy nie znali siê na ¿artach. Nie móg³ te¿ wracaæ do domu i czekaæ, a¿ Paluch pozbiera siê i zapuka do jego drzwi. Pow³ócz±c nogami, wlók³ siê od zau³ka do zau³ka. Po drodze umy³ twarz i rêce w beczce z deszczówk±. Mia³ sprawê do za³atwienia. Ju¿, teraz. Wiedzia³, którêdy Paluch bêdzie wraca³ i wiedzia³, ¿e musi go dopa¶æ. Niedawny kamrat nie da³ d³ugo na siebie czekaæ. Magnus nie mia³ si³y ani ochoty na "uczciw±" walkê, ledwo zdo³a³ wbiæ mu nó¿ w plecy. Chwilê potem przysiad³ zmêczony przy swojej ofierze, odchyli³ g³owê do ty³u i ciê¿ko dysz±c, spojrza³ w oblicze Manslieba.
- Niebo gwia¼dziste nade mn± i... co¶ tam, co¶ tam – wymamrota³ wyczerpany fragment zapomnianego poematu.
*****
D¼wiêk rozbijanej szyby przerwa³ niespokojny sen Petera Sweinsteina. Lichwiarz poderwa³ siê z ³o¿a nie wiedz±c, czy kl±æ, czy dziêkowaæ za przerwanie koszmaru. Nie do¶æ, ¿e w ostatnich dniach wszystko sz³o nie tak, to jeszcze w nocy miast spaæ, przewraca³ siê z boku na bok, a gdy ju¿ zasn±³, to budzi³ siê zlany zimnym potem. Siêgn±³ rêk± po stoj±c± nieopodal butelkê, poci±gn±³ spory ³yk wina i oprzytomnia³ siê na dobre.
- Ty w zad chêdo¿ony bêkarcie marienburskiej dziwki! Niech no ja ciê... – wycharcza³, patrz±c na okno. Szyba nie nadawa³a siê ju¿ do niczego, a ceny szk³a nawet w Nuln by³y koszmarne. – Nie wiesz z kim zadar³e¶, ³achmaniarzu, ju¿ ja ciê nauczê!
Zapali³ lampê oliwn±. Na ¶rodku pokoju le¿a³ owiniêty papierem sporej wielko¶ci kamieñ. Czy¿by list? Gdy by³ m³ody, sam wysy³a³ tego typu wiadomo¶ci, teraz mia³ ludzi, którzy przekazywali jego s³owa a¿ nazbyt wyra¼nie. No w³a¶nie, ludzie...
Dwóch je³opów wys³anych po pieni±dze do starego Pferdemanna nie wiedzieæ dlaczego skoczy³o sobie do garde³. Je¶li wierzyæ Ulrichowi, który nim zdech³, zdo³a³ to i owo powiedzieæ, cholerny ¦wiêtoszek chcia³ broniæ kupca. Dobre sobie, pewnie znale¼li grubsz± sakiewkê i chcieli podzieliæ siê za plecami Petera, tyle ¿e jeden z nich by³ zbyt g³upi i zach³anny. Dzieñ pó¼niej okaza³o siê, ¿e Du¿y Heinz, jak na razie w³a¶ciciel gospody "¦lepa ¦winia", nie zamierza³ respektowaæ wykupionych przez Sweinsteina weksli, na dowód czego obi³ szkaradnie Karalucha, pos³anego z pismem i warunkami "wspó³pracy". Ch³opak nie bêdzie siê do niczego nadawa³ przez kilka tygodni.
Dochodzenie swoich praw przed s±dem to jedno, ale nikt nie bêdzie podwa¿a³ reputacji Petera Sweinsteina w jego dzielnicy. Przejmie tê cholern± knajpê, to tylko kwestia czasu i w³a¶ciwych ludzi. No w³a¶nie, ludzi… Czterech pozosta³ych posz³o nauczyæ rozumu ¦wiêtoszka. Okaza³o siê jednak, ¿e ten zapchlony gnojek mia³ uk³ady z Tileañczykami i skoñczy³o siê na tym, ¿e z owej czwórki dwóch trafi³o wprost w objêcia Morra. Trzeci skoñczy³ u medyka, który policzy³ sobie wiêcej ni¿ estalijskie kurtyzany, a i tak nie da³ gwarancji, ¿e postawi go na nogi. Za¶ czwarty - cholerny Prosiak - niech go Mroczne Bóstwa pokaraj±, porzuci³ go w takiej chwili na dobre, nie racz±c nawet powiedzieæ tego w twarz. Ale Peter odp³aci jeszcze zdrajcom piêknym za nadobne, o tak, i to z nawi±zk±.
Lichwiarz podniós³ kamieñ i odwin±³ papier. Niewprawn± rêk± nakre¶lono na nim kilka s³ów:
"Panie Sweinstein. Nie szuka³em zwady i nie ¿ywiê urazy. Zaniechaj mnie i mojej rodziny, a i ja poniecham waszej osoby. Czekam odpowiedzi. M. R."
Tego by³o za wiele. Ten idiota ¦wiêtoszek by³ na tyle bezczelny, ¿e grozi³ mu i to w jego w³asnym domu.
- Ta zniewaga krwi wymaga – wyszepta³ Peter, podchodz±c do okna. Cisn±³ z rozmachem kamieniem o bruk. – Dopadnê ciê, ³achmyto, zdechniesz ty i twoja parszywa matka! Chcia³e¶ odpowiedzi, to j± masz! – wrzasn±³.
Kilka metrów dalej przyczajony w bramie Magnus Riedel s³ucha³, kiwaj±c z niedowierzaniem g³ow±. Nie bardzo wiedzia³, czego siê spodziewaæ, ale ¿eby od razu znowu mieszaæ do tego jego matkê? Strasznie brakowa³o mu braci, jeszcze tylko kilka dni i znowu bêd± razem. Tymczasem musia³ zakoñczyæ tê sprawê raz na zawsze.
*****
Po³o¿ona naprzeciwko Uniwersytetu Nulneñskiego, przy Reiks Platz, karczma "T³usta G±ska" by³a jednym z najlepszych i – co tu kryæ – najdro¿szych przybytków w Neuestadt. Choæ by³a zdecydowanie za droga na kieszeñ czeladników, nie wspominaj±c nawet o ¿akach, nigdy nie narzekano tu na brak klientów. Zwisaj±ce z sufitu kolorowe lampiony rzuca³y dyskretny blask ¶wiat³a na rozja¶nione averskim winem oblicza bankierów, kupców, in¿ynierów i najpiêkniejszych kurtyzan w tej czê¶ci miasta.
Maciora nie czeka³ d³ugo, mo¿na wrêcz rzec, ¿e to Wimmer i Kohler oczekiwali na niego. Nim opró¿ni³ pierwszy kielich, ro¶lejszy ze ¦cierwiarzy, w±saty Kohler, oderwa³ siê od baru, podszed³ wolnym krokiem i usiad³ na ³awie naprzeciwko Petera. Rudy, piegowaty Wimmer pojawi³ siê za plecami Maciory niczym duch, a potem usiad³ obok lichwiarza.
- Nie robimy za ochronê, panie Sweinstein – powiedzia³ ten z sumiastym w±sem. – Nie bawi nas to. Za du¿y nak³ad czasu. Za du¿e ryzyko, ¿e pensja nie wp³ynie, nie wspominaj±c o tym, ¿e nie jeste¶my zainteresowani zas³anianiem kogokolwiek w³asnym cia³em.
- A pan potrzebuje w³a¶nie ochrony – doda³ piegowaty. – W ci±gu niespe³na tygodnia straci³ pan sze¶ciu, powiedzmy, wspó³pracowników. Oczywi¶cie mo¿emy poleciæ kogo¶ godnego uwagi, ale to kosztuje.
- W dupie mam kogo¶ godnego uwagi – odburkn±³ Maciora. – W dupie mam ochronê, chcê was. Chcê, aby ten ¶mieæ gryz³ ziemiê, albo lepiej, gni³ w kana³ach Nuln, ot co. A w tym akurat jeste¶cie dobrzy, oj tak. Nie od parady mówi± o was...
- Ma³o istotne, jak o nas mówi±, panie Sweinstein – piegowaty wszed³ mu w s³owo. – Zdarza siê, ¿e na kogo¶, oczywi¶cie za jego plecami, wo³aj± ¦winia lub co gorsza Maciora, ale czy to o czym¶ ¶wiadczy?
Peter Sweinstein poczerwienia³ na twarzy, a na jego drugim i trzecim podbródku wykwit³y blade, nieregularne plamy. Chcia³ co¶ powiedzieæ, ale na w³asne szczê¶cie w porê ugryz³ siê w jêzyk. Podniós³ pucharek z winem i opró¿ni³ go jednym ³ykiem do dna, przetar³ rêkawem usta i rzek³:
- Bierzecie siê za tego gnoja, czy nie?
Oczy Maciory wêdrowa³y niecierpliwie od jednego rozmówcy do drugiego. Piegowaty odgarn±³ za ucho kosmyk rudych w³osów, jego kompan upi³ solidny ³yk piwa, star³ wierzchem d³oni pianê z w±sów i skin±³ potakuj±co g³ow±.
- Bierzemy, panie Sweinstein, bierzemy, ale jest kilka warunków. ¦wiêtoszek obrós³ w piórka, wyrobi³ sobie, ¿e tak powiem, renomê. Mówi siê te¿, i¿ ma koneksje, dlatego cena bêdzie wy¿sza ni¿ zazwyczaj.
- Ponadto – Wimmer wszed³ mu w s³owo – proszê tego nie braæ do siebie, ale ze wzglêdu na zaistnia³e okoliczno¶ci, zap³ata musi byæ z góry.
- W ca³o¶ci – doda³ Kohler.
- Zgoda – odpar³ Maciora. Wyci±gn±³ zawieszon± na szyi sakiewkê i rzuci³ j± na stó³. – Powinno wystarczyæ. Ale ja te¿ mam warunek: dwa dni. Pojutrze psi syn ma byæ sztywny.
- Dwa dni to za ma³o czasu – odpar³ ro¶lejszy z mê¿czyzn. – ¦wiêtoszek nie paraduje g³ównymi ulicami, zaszy³ siê w jakim¶ zau³ku, potrzebny nam tydzieñ.
Piegowaty tymczasem przysun±³ sakiewkê do siebie, rozwi±za³ rzemieñ i zajrza³ do ¶rodka. Pokiwa³ z uznaniem g³ow±, a na jego obliczu zago¶ci³ ukazuj±cy spróchnia³e zêby, oble¶ny u¶miech.
- Dwa dni bêdzie w sam raz – poprawi³ swojego kompana. – Interesy z panem to sama przyjemno¶æ, panie Sweinstein.
*****
Tydzieñ Czarnego Prochu dopiero siê rozpocz±³, ale w mie¶cie by³o gwarno i g³o¶no. Choæ najlepsze fajerwerki odpalano w Aldig, to i w Dzielnicy Targowej zdarza³y siê pojedyncze, ale coraz czêstsze g³o¶ne wystrza³y petard. Magnus wiedzia³, ¿e czas nie dzia³a na jego korzy¶æ i postanowi³ nie zasypiaæ gruszek w popiele. To dlatego siedzia³ skulony na stryszku w kamieniczce przy Emmanuelleplatz. Przemarz³, zdrêtwia³y mu nogi, ale na brak atrakcji nie narzeka³.
Pierwszy przyszed³ Prosiak. Bior±c pod uwagê, ¿e ulubieniec lichwiarza pos³ugiwa³ siê wytrychem, raczej nie mia³ umówionej audiencji. Po niespe³na dwóch kwadransach nieproszony go¶æ opu¶ci³ mieszkanie swojego pryncypa³a, lecz zawróci³ biegiem z powrotem. Nim wszed³ do ¶rodka, zwa¿y³ w rêce sakiewkê, która do niedawna stanowi³a z pewno¶ci± w³asno¶æ lichwiarza, a potem wcisn±³ j± za cholewê buta. Rych³o okaza³o siê, ¿e zbli¿aj± siê kolejni go¶cie.
Riedel nigdy wcze¶niej nie spotka³ mê¿czyzn, którzy teraz nadchodzili, ale po posturze wiêkszego z nich podejrzewa³, i¿ ma do czynienia z Du¿ym Heinzem. Kompan wielkoluda bez problemu otworzy³ drzwi i wszed³ do ¶rodka, po chwili to samo uczyni³ Heinz. Zapanowa³a cisza, przerywana szczekaniem kundla na ulicy i pojedynczymi wystrza³ami petard. Magnus ju¿ my¶la³, ¿e Prosiak rozp³yn±³ siê w powietrzu albo wyskoczy³ przez okno, lecz wyprowadzi³ go z b³êdu przyt³umiony krzyk i kilka innych d¼wiêków poprzedzaj±cych odg³os upadaj±cego cia³a. By³ ciekaw, czy jego niedawny kompan zaskoczy³ napastników, ale ¿e ciekawo¶æ niejednego doprowadzi³a do Ogrodów Morra, siedzia³ cicho, marz³, a nogi drêtwia³y mu coraz bardziej.
By³o ju¿ grubo po pó³nocy, gdy Peter Sweinstein wspina³ siê, ciê¿ko dysz±c, do swojego mieszkania na drugim piêtrze. Riedel przygl±da³ mu siê z zaciekawieniem, podziwiaj±c jego zwierzêcy instynkt. Maciora stan±³ pod drzwiami, nas³uchuj±c i wêsz±c. Magnus nie mia³ pojêcia, po czym lichwiarz pozna³, ¿e co¶ jest nie tak, nowo¶ci± by³ dla niego tak¿e wydobyty zza po³y p³aszcza pistolet. Sweinstein odci±gn±³ kurek i ostro¿nie wszed³ do ¶rodka.
Magnus Riedel odsun±³ klapê zas³aniaj±c± wej¶cie na strych, opu¶ci³ siê cichutko na dó³, na³adowa³ kuszê i ¶ladem lichwiarza ruszy³ przez uchylone drzwi. S³ysz±c niski g³os Du¿ego Heinza ju¿ w holu, podchodzi³ ostro¿nie, aby nie narobiæ ha³asu. Blask kaganka o¶wietla³ le¿±ce pod oknem cia³o mê¿czyzny – widaæ Prosiak nie podda³ siê bez walki, zreszt± sam te¿ ucierpia³ w starciu, krew z rozbitego ³uku brwiowego zala³a mu pó³ twarzy. Na domiar z³ego, tu¿ pod ow± twarz± znajdowa³o siê ostrze no¿a Heinza.
- Opu¶æ pukawkê, gruba ¶winio – cedzi³ powoli olbrzym – albo poder¿nê twojemu ch³optasiowi gardzio³ko. Przyszed³em tutaj dobiæ targu, a nie urz±dziæ rze¼niê, ale je¶li sobie ¿yczysz...
- He, he, ¿yczê sobie, ¿yczê – zarechota³ Sweinstein. – Poder¿nij mu gard³o, ¶mia³o. Co? My¶lisz, ¿e blefujê? Gówniarz uciek³, jak tylko zrobi³o siê gor±co, w dupie mam jego i twoje targi – post±pi³ kolejny krok do przodu. – No ¶mia³o, bêdê mia³ dwie pieczenie na jednym ogniu.
Heinz by³ nieco zmieszany, ale nie dawa³ za wygran±.
- My¶lisz, ¿e nie ur¿nê mu ³ba? – powiedzia³, przyciskaj±c mocniej d³ugi, my¶liwski nó¿ do szyi swej ofiary. Stru¿ka krwi sp³ynê³a po ostrzu, dla Prosiaka by³o to zbyt wiele, jego spodnie natychmiast sta³y siê mokre, a mocz zmiesza³ siê na pod³odze z krwi±.
- Szczerze mówi±c, my¶lê, ¿e nie masz jaj, choæ wola³bym, aby by³o inaczej – Maciora podniós³ pistolet nieco wy¿ej. – Zreszt± mam to w...
- Chrum, chrum – zachrz±ka³ g³o¶no Magnus, który uzna³, ¿e ju¿ najwy¿szy czas w³±czyæ siê do zabawy.
Maciora odwróci³ szybko g³owê, a widz±c przyczynê swych nieszczê¶æ, poprowadzi³ w tê stronê tak¿e d³oñ z pistoletem. Jednak cz³owiek, nawet znacznie szybszy i sprawniejszy od grubego lichwiarza, jest znacznie wolniejszy ni¿ wystrzelony z kuszy be³t. Sweinstein oberwa³ dwa palce poni¿ej grdyki, si³a pocisku odrzuci³a go nieco do ty³u, zachwia³ siê i run±³ na plecy. Choæ nie wypu¶ci³ z r±k pistoletu, nie zd±¿y³ zrobiæ z niego u¿ytku, gdy¿ Du¿y Heinz przytomnie przydepn±³ mu uzbrojon± rêkê.
- Zdechniesz... – wycharcza³ lichwiarz patrz±c na Magnusa, krew obficie pop³ynê³a mu z ust.
- Mo¿liwe, ale jeszcze nie dzi¶ – odpar³ Riedel, podchodz±c powoli.
- Nie dzi¶... To jutro – niemal wyszepta³ Sweinstein, wykrzywi³ twarz w paskudnym u¶miechu i tak ju¿ pozosta³.
Dwaj mê¿czy¼ni stali naprzeciwko siebie, a Prosiak chlipa³ cicho i dr¿a³ po¶ród w³asnej krwi.
- Ty jeste¶ ¦wiêtoszek? – Olbrzym przerwa³ w koñcu milczenie.
- A ty jeste¶ Du¿y Heinz? – odpowiedzia³ pytaniem Magnus. – Co dalej robimy?
- Co my robimy? Nic – odpar³ Heinz – ja robiê swoje, a Ty swoje, razem nie robimy nic. Ja nie widzia³em Ciebie, Ty nie widzia³e¶ mnie – wskaza³ ostrzem no¿a na szlochaj±cego, skulonego na pod³odze ch³opaka – a on...
- Prosiak te¿ nikogo nie widzia³ – przerwa³ mu Riedel. – Na dzisiaj trupów ju¿ wystarczy.
- Skoro tak mówisz, ¦wiêtoszku – pokiwa³ g³ow± Heinz. – Ja przyszed³em tu po ¦winiê, ale nie tê, która le¿y na ziemi, a po moj± "¦lep± ¦winiê". Znajdê weksel i ju¿ mnie nie ma, nie jestem hien±, nie wezmê tego, co nie moje.
- Tedy bierz siê do szukania, bowiem kto szuka ten znajdzie, nic tu po mnie – rzek³ Magnus i doda³ po chwili – ani po Prosiaku. Wstawaj, bratku, idziemy.
Heinz nie protestowa³. Magnus oraz Prosiak wyszli na klatkê schodow± i przymknêli drzwi. Zanim doszli na dó³, Riedel zagadn±³:
- Jeste¶ mi winien sakiewkê, Prosiak.
- Jak± sakiewkê? – stêkn±³ wystraszony z³odziej.
- Mo¿e byæ ta, któr± wepchn±³e¶ za cholewê buta – roze¶mia³ siê Magnus.
*****
Ulubion± knajp± Magnusa Riedela by³ "Pijany Marienburgczyk", z którego okien roztacza³ siê widok na Reik, Wielki Most i stercz±c± nad nim ¯elazn± Wie¿ê. Piwo by³o tu niedrogie i ca³kiem przyzwoite, a obs³uga nie naprzykrza³a siê, tote¿ klientów nie brakowa³o. Najwa¿niejsza dla Magnusa by³a jednak blisko¶æ znajduj±cego siê przy ulicy Kie³ba¶niczej rodzinnego domu.
Trzy lata temu, po skandalicznej historii z najm³odszym bratem Mandredem, który przez naiwno¶æ wpl±ta³ siê w dzia³alno¶æ kultu Sigmara Z³otego, w³a¶nie tutaj, w tej karczmie, bracia rozstali siê. Wiele siê zmieni³o. Mandred wst±pi³ do wissenlandzkiego regimentu piechoty, a Hundrot przemierza³ pó³noc Imperium jako najemnik w jednej z kompanii przewo¼niczych. Ich ojciec zmar³ nazajutrz po wyje¼dzie najm³odszego syna. Choæ zdo³a³ uratowaæ go od stryczka, jego serce nie wytrzyma³o ¿alu i wstydu, który przyniós³ mu wystêpek syna. Dzi¶ jednak, w urodziny ich matki, mieli ponownie siê spotkaæ. Teraz wszystko mia³o byæ ju¿ dobrze.
Do karczmy wesz³a grupa czarno odzianych wojaków, zapewne artylerzystów. Ku lekkiemu zdziwieniu Magnusa, w¶ród nich by³ Mandred, który przez ostatnie trzy lata zmê¿nia³, mo¿na by wrêcz rzec, i¿ na imperialnym wikcie zrobi³ siê z niego kawa³ ch³opa. Najstarszemu z braci mimowolnie ³za zakrêci³a siê w oku. Wsta³, ale czyje¶ rêce zdecydowanym ruchem cisnê³y go z powrotem na krzes³o.
- Mamy sprawê, panie Riedel – powiedzia³ rudow³osy mê¿czyzna, siadaj±c naprzeciw niego, a drugi przybysz stan±³ za plecami Magnusa – i woleliby¶my za³atwiæ j± po cichu i delikatnie, ale je¶li bêdziesz siê stawia³... – Spod sto³u dobieg³ cichy chrzêst odci±ganego kurka pistoletu.
- Nie znam was...
- To siê nawet dobrze sk³ada – rudy wszed³ mu w s³owo. – Niech tak zostanie. Nie ¿ywimy do ciebie urazy, ale pan Sweinstein to co innego, a my tak± w³a¶nie mamy pracê.
- Wróbelki æwierkaj±, ¿e Maciora zdech³a – powiedzia³ Riedel. – Na có¿ wam tedy taka praca, skoro na zap³atê nie ma co liczyæ?
- Wróbelki nie wiedz±, ¿e Sweinstein p³aci³ z góry, a w naszym fachu reputacja wielce siê liczy.
Magnus rozejrza³ siê nerwowo po karczmie, zauwa¿y³, ¿e Mandred dostrzeg³ go i z dwoma kuflami piwa skierowa³ siê wprost do jego ³awy.
- Spokojnie Riedel – zagadn±³ rudy. – Nawarzy³e¶ piwa, to wypij je z godno¶ci±, jak mê¿czyzna. Jak zaczniesz b³aznowaæ, to potem bêdzie bardziej bola³o, a dodam te¿, i¿ wiadomo mi, gdzie mieszkasz ty i twoja stara matka...
- Co wy macie z t± matk±? – ¿achn±³ siê Magnus. – Chrzanisz mi tu o godno¶ci, mêsko¶ci i takich tam, a potem straszysz, ¿e staruszkê dopadniesz? – Usi³owa³ wstaæ, ale rêce drugiego napastnika mocno go trzyma³y.
Mandred podszed³ do sto³u i jak gdyby nigdy nic postawi³ na nim piwo, po czym rzek³:
- Kopê lat Magnus, widzê ¿e¶ zajêty, ale mo¿e panowie napij± siê z nami?
- Riedel, powiedz mu, ¿eby siê st±d wynosi³. Nie chcesz chyba, ¿eby komu¶ sta³a siê krzywda? – odpar³ Wimmer.
- Znaczy, nie napij± siê – Mandred podrapa³ siê za uchem – Skoro¶cie nie spragnieni, to wynocha z karczmy, gnoje, bo chcia³bym z bratem pogadaæ, a dawno¶my siê nie widzieli.
Kohler jeszcze mocniej zacisn±³ d³onie na ramionach Magnusa, a Wimmer czerwieniej±c na twarzy sykn±³ w stronê Mandreda:
- Nie wk³adaj paluchów miêdzy drzwi, bo ci je co przytrza¶nie.
- Dobrze powiedziane – najm³odszy z Riedlów nie traci³ rezonu – w³a¶nie co przyjecha³em do Nuln, a wraz ze mn± tuzin kompanów z oddzia³u. Kilku stoi przy szynku, a kilku jeszcze na zewn±trz, tedy wsad¼ se tê pukawkê w gacie i szoruj st±d tylnymi drzwiami, bo jak ¿e¶ rzek³, ³apy ci przytrzasnê i to wraz z ³bem, parchu rudy. – Widz±c, ¿e Wimmer zamierza co¶ odpowiedzieæ, doda³ pospiesznie – liczy³ nie bêdê, bo zawsze mi to kiepsko sz³o, wiêc powiem tylko: fora ze dwora, raz!
- Do zobaczenia niebawem – rzek³ Kohler, zdejmuj±c rêce z barków Magnusa.
Wimmer zablokowa³ pistolet i ¶widruj±c wzrokiem to Mandreda, to stoj±cych przy ladzie wojaków, wsta³ i powoli skierowa³ siê ku tylnym drzwiom. Za nim, jak cieñ pod±¿a³ Kohler. Nie minê³a nawet minuta, gdy rozleg³ siê og³uszaj±cy huk. W karczmie zakot³owa³o siê, ¿o³nierze ruszyli biegiem w ¶lad za ¦cierwiarzami, gdy¿ to stamt±d dobieg³ ha³as. Magnus spojrza³ pytaj±co na Mandreda, który nawet nie drgn±³.
- Brzmia³o zupe³nie jak gar³acz Hundrota, nieprawda¿? – U¶miechn±³ siê i doda³ wyja¶niaj±co – przyjechali¶my ju¿ wczoraj wieczorem, ale nim dotarli¶my do domu, dosz³y naszych uszu ró¿ne plotki. Nasz szajbniêty braciszek, który od blisko roku jest licencjonowanym ³owc± nagród, popyta³ tu i ówdzie i okaza³o siê, ¿e mog± byæ problemy.
- Ale dlaczego nie zgarn±³e¶ ich ze swoimi kumplami, tylko wystawi³e¶ Hundrotowi? To by³o naprawdê nierozwa¿ne...
- Oho, teraz bêdziesz mi mówi³ o rozs±dku… Trzeba by³o o nim my¶leæ, jake¶ poszed³ do Maciory pracowaæ – odpar³ Mandred. – Nie mam tu za wielu kumpli, tych wojaków spotka³em w drzwiach wej¶ciowych do karczmy, a jak wyobrazi³em sobie wystrza³ nabitego siekañcami gar³acza w w±skim korytarzyku, to a¿ mi siê ciep³o zrobi³o. Tedy nie marud¼, tylko kufel dla Hundrota przynie¶ i piwa nieco. Ot tyle tylko, aby siê braciom odwdziêczyæ.
- Tyle to mogê akurat nie ud¼wign±æ.
Waszym zdaniem...
Komentowanie w tym dziale dostêpne jest po zalogowaniu.