08-04-2006 14:36

Nie pytajcie mnie o cz³owieczeñstwo...

Autor: Natalia 'Skavenblight' Wi¶niewska
Ilustracje: Ina 'Linka' Graj

Nie pytajcie mnie o cz³owieczeñstwo... Bycie ³owc± czarownic to przede wszystkim umiejêtno¶æ odpowiadania na pytania. Nie te, które zadaj± napotkani ludzie, ale te, które rodz± siê w tobie ka¿dego dnia. Ten, kogo one nie nêkaj±, lub kto udaje, ¿e go nie nêkaj±, nie jest ³owc± czarownic. Jest tylko jeszcze jednym z tych za¶lepionych fanatyków, przed którymi dr¿± wie¶niacy. Nie ³ud¼ siê. Nie mo¿esz spokojnie zabiæ i odej¶æ. To zostaje w tobie, choæby gdzie¶ na dnie. Niewa¿ne, ile lat s³u¿ysz. Moja s³u¿ba trwa³a dwadzie¶cia lat, nim nast±pi³y te wydarzenia. Wydarzenia, które zmieni³y wszystko. Zmaganie siê z pytaniami staje siê jeszcze trudniejsze, kiedy musisz dodatkowo zmagaæ siê z w³asn± legend±. Legenda to pod³y stwór, je¶li dopada ciê za ¿ycia. To ona winna jest nienawistnym i pe³nym strachu spojrzeniom z okien. To ona winna jest nadziei w sercu matki, która wyci±ga do ciebie ramiona z pokrytym ³usk± dzieckiem. To ona winna jest temu uczuciu, które nawiedza ciê zaraz po przebudzeniu. Uczuciu, które sprawia, ¿e nie jeste¶ ju¿ sob± dla samego siebie. Jeste¶ tylko Sigurdem Salinssonem. Ale to nie jest niczyj inny problem, tylko mój. To ja nazywam siê Sigurd Salinsson i muszê ¿yæ z moimi pytaniami i z moj± legend±. Legend± nieustraszonego, mê¿nego ³owcy czarownic. To jego wszyscy widz±, kiedy patrz± z przestrachem w moj± twarz. „Mówi±, ¿e przyjecha³ dawno temu z Norski…”. „Mówi±, ¿e najbardziej w Imperium lubi Talabheim i tam przesiaduje najd³u¿ej, pij±c piwo u Krwawego Friedricha…”. „Mówi±, ¿e ma niezwyk³y miecz, z którym nigdy siê nie rozstaje…”. „Mówi±, ¿e samym spojrzeniem umie rzuciæ straszne zaklêcie…”. Czasem przypominam sobie te dwadzie¶cia lat i zastanawiam siê: kto mówi? Czy jest ktokolwiek, kto by³by ze mn± przez te wszystkie lata? Czy jest kto¶, kto wiedzia³by wszystko, kto zna³by prawdê o mnie? Nie. Jestem sam. By³em sam a¿ do wydarzeñ, które mnie zmieni³y. Sam podró¿owa³em po Imperium i Ksiêstwach Granicznych, sam dotar³em do granic Kisleva. By³em zawsze sam ze sob±. Sam z moj± legend±, która ros³a w si³ê z ka¿dym rokiem, sam z moimi pytaniami. Tym, co rozpoczê³o seriê zmian w moim ¿yciu, by³o z pozoru nic nie znacz±ce uratowanie wie¶niaka, Petera Frechzunga. By³em wtedy w drodze do Nuln. Peter przy³±czy³ siê do mnie; by³ moim pierwszym prawdziwym przyjacielem od dwudziestu lat. Wtedy na krótko przesta³em byæ sam. Jednak pó¼niej, w Schwarzhof, kilkana¶cie mil od Nuln, spotkali¶my przypadkowo mych dawnych wrogów. W wyniku wielu nieprzewidzianych wydarzeñ by³em zmuszony zabiæ Petera. Zabiæ przyjaciela. Zabiæ mutanta. Wtedy pojawi³y siê pytania, którym sam nie mog³em daæ rady. Wtedy te¿ odmieni³o siê moje spojrzenie na ¶wiat i na misjê, któr± przysi±g³em pe³niæ. W Nuln czeka³ na mnie kolejny z dawnych wrogów, mroczny elf, Amrond Illeamir. Wtedy, w wielkim mie¶cie, czu³em siê otoczony nienawi¶ci± i wrogo¶ci±. Zrozumia³em po raz kolejny, ¿e ludzko¶æ nienawidzi ³owców czarownic niemal tak samo, jak Chaosu. Opu¶ci³em Nuln i ruszy³em przed siebie, na wschód, staraj±c siê trzymaæ z dala od ludzi. I znowu nast±pi³o co¶, co sprawi³o, ¿e poj±³em jak±¶ drobn± czê¶æ z³a. Z³a, z którym ka¿dy z nas walczy, lecz którego poj±æ nie mo¿e. Zrozumia³em to, patrz±c w oczy zwyczajnego pó³orka, Rugrudda. Wszystko to, co siê dzia³o, by³o z pozoru zwyczajne. A jednak nie mog³em wyzbyæ siê przeczucia, ¿e prowadzi to do konkretnego celu. I w³a¶nie ¶mieræ Petera da³a pocz±tek drodze do niego. Z³o i Chaos, które ¶ciga³em ca³e ¿ycie, by³y teraz bli¿ej, ni¿ mog³em to wyczuæ. Wiedzia³em, ¿e nastêpne wydarzenie zbli¿y mnie do celu jeszcze bardziej i czeka³em, wci±¿ kontynuuj±c sw± wêdrówkê. Zwraca³em baczn± uwagê na ka¿dy kolejny krok, na ka¿de kolejne zdarzenie. Wiedzia³em, ¿e jestem ju¿ blisko. I nie pomyli³em siê. Z pozoru zwyczajne spotkanie z uznanym za szaleñca krasnoludem popchnê³o mnie ku najstraszliwszym mocom Chaosu. Poj±³em wreszcie, ¿e jego si³a nie tkwi w mutantach ani Wojownikach Chaosu. Nie w zakazanych ksiêgach czy nawet w spaczeniu. Ta si³a polega na tym, ¿e Chaos nie potrzebuje fizycznej formy, by przej±æ w³adzê nad duchem. Prawdziwie gro¼nego Chaosu nie mo¿na dostrzec, jedynie wyczuæ. Prawdziwie gro¼ny Chaos, który nieustannie toczy ¶wiat od podstaw jest pozbawiony formy, jest ca³kowicie bezcielesny… Po raz kolejny Sigurd dziêkowa³ Sigmarowi za hart ducha, jakim obdarzy³o go bóstwo. Po ostatnich wydarzeniach ciê¿ko by³o mu opu¶ciæ Fichtendorf i Rugrudda. Nie w±tpi³, ¿e tak w³a¶nie musi post±piæ; ³owca czarownic nie mo¿e ulegaæ swoim s³abo¶ciom. Cz³owiek nie pokona Chaosu, nie pokonawszy przedtem samego siebie. By³y w±tpliwo¶ci, wyrzuty sumienia, przewrotne my¶li, które czasem wygl±da³y z jego oczu, gdy patrzy³ na swe odbicie w b³êkitnych wodach Aver. Ale wiedzia³, ¿e musi sam siê z nimi rozprawiæ. £owca czarownic nie jest tylko cz³owiekiem. Zwyk³y cz³owiek nie zrozumie Chaosu. Dlatego musia³ zgin±æ Peter Frechzung; dlatego w³a¶nie taki, a nie inny los spotka³ Oskara Felearssona. Byli przyjació³mi; có¿ jednak znaczy byæ przyjacielem ³owcy czarownic? Nie pytajcie mnie o cz³owieczeñstwo, pomy¶la³ Sigurd, bo nie odpowiem nawet spojrzeniem. Teraz jednak od d³u¿szego czasu nic siê nie dzia³o; w ka¿dym razie nic godnego uwagi ³owcy. Znowu wbi³ siê w rytm wêdrówki, znowu ka¿dy nowy dzieñ by³ podobny do poprzedniego. Dzieñ i coraz intensywniej ¶wiec±ce s³oñce; noc i oba ksiê¿yce, wygl±daj±ce z³owieszczo spomiêdzy koron drzew. Ci±gle na wschód, w kierunku Karak Varn, wzd³u¿ rzeki, niebezpieczn± i ma³o uczêszczan± drog±. Dzi¶ te¿ by³ taki dzieñ, taki s³oneczny, pe³en drzew, pe³en wyczerpuj±cej wêdrówki i ws³uchiwania siê w odg³os w³asnych kroków. ¯aden inny d¼wiêk nie dzia³a³ na Sigurda tak uspokajaj±co. Nie, ¿eby zazwyczaj by³ niespokojny, ale jako ³owca czarownic musia³ zachowaæ czujno¶æ i byæ gotowy na niebezpieczeñstwo w ka¿dej chwili. Jednak s³ysz±c w³asne kroki w¶ród le¶nej ciszy czu³ siê bezpieczny. Wiedzia³, ¿e bezpieczeñstwo to z³udzenie, ale wierzy³ w nie, jak d³ugo potrafi³. Szed³ wiêc jak zwykle, nie za szybko, ale i równie¿ bez oci±gania. Znowu by³ w drodze. To siê sta³o nagle i by³o nieuniknione. Uszy ³owcy musia³y w koñcu zadr¿eæ, spojrzenie musia³o znowu staæ siê czujne; d³oñ, do tej pory swobodna, siêgnê³a miecza. Tak by³o zawsze, nic nie trwa wiecznie, ³owca nigdy nie zazna spokoju w tym nieszczêsnym ¶wiecie. Znowu wewnêtrzny alarm, podwy¿szona czujno¶æ, gotowo¶æ do starcia z ka¿dym przeciwnikiem. To siê w koñcu musia³o staæ. I sta³o siê. Oto jeden obcy d¼wiêk przedar³ siê przez szmer rzeki i szum li¶ci do uszu Sigurda. Kroki. D¼wiêk kroków, drobnych i lekkich, byæ mo¿e dziecka lub halflinga. Nie nale¿y jednak zbytnio wierzyæ w³asnym uszom; Chaos bywa zwodniczy. Nawet najbardziej przera¿aj±cy potwór mo¿e wydawaæ najbardziej niewinne odg³osy. Nie zburzy³o to spokoju ³owcy. By³ gotów do walki; w jaki¶ sposób nawet za ni± têskni³. Vakkrondh pewnie le¿a³ w jego d³oni - od lat ten sam, wierny i niezawodny miecz, któremu Sigurd móg³ zaufaæ jak najlepszemu przyjacielowi. Stan±³ w odpowiedniej pozycji, w ka¿dej chwili gotowy do ataku. Kroki by³y coraz bli¿ej i s³ychaæ by³o ju¿ ciê¿ki oddech. W koñcu zza zakrêtu wy³oni³a siê ma³a, pulchna postaæ. Puco³owate, rumiane policzki, ow³osione stopy, ma³y, zadarty nos, pulchne r±czki. Nizio³ek. Istota spojrza³a na Sigurda z przera¿eniem. W d³oni halflinga pojawi³ siê nó¿. £owca jednak wyczyta³ z oczu przybysza tylko strach. Opu¶ci³ wiêc miecz i przybra³ mo¿liwie przyjazny wyraz twarzy. Zbli¿y³ siê do nizio³ka wolnym krokiem. Ten cofn±³ siê minimalnie.

- Witaj. - powiedzia³ Sigurd. - Kim jeste¶?

Przybysz nie odpowiedzia³, ale nie wygl±da³ ju¿ na tak przera¿onego.

- Nie uczyniê ci krzywdy. - zapewni³ ³owca. - Mogê ci pomóc. Nie obawiaj siê.

Nizio³ek podszed³ do Sigurda. Ci±gle dr¿a³, ale otworzy³ usta i odezwa³ siê.

- Nnnnnajemnicy... wyj±ka³. - Wwwioska...

- Jaka wioska? - zapyta³ Sigurd. - Czy oni… zrobili co¶… z³ego?

- Nnnie… - zaprzeczy³ halfling. - Ooodeszli… tttylko krasnolud…

- Mów¿e wreszcie, co siê sta³o! - zdenerwowa³ siê ³owca. Nizio³ek skuli³ siê w sobie, ale zacz±³ w miarê p³ynnie mówiæ.

- Bo, psze pana, oni szli z Talabheim chyba, i oni s³u¿± Heinrichowi von Hartbad, i z nimi by³ jaki¶ krasnolud, ale mówili, ze zwariowa³, struli go i do drzewa przywi±zali, i wys³ali mnie, ¿ebym go uwolni³, jak ju¿ odejd±. Ale psze pana, znaczy, Herr £owco, ja nie mogê, bo on krzyczy, ¿e nas pozabija i mnie i ja siê bojê, bo mam ¿onê i troje ma³ych dzieci i…

- Dobrze, dobrze, znaczy krasnolud jest przywi±zany i boisz siê go uwolniæ, tak?

- Tttak… no i mówi±, ¿e zwariowa³… strasznie krzyczy i przeklina… Chaos to, Chaos tamto… wszyscy siê go boj±…

- Prowad¼ mnie tam! - rozkaza³ ³owca.

- Dziêki ci, panie! Oddam ci te pieni±dze, co je dosta³em od ich dowódcy…

- Nie trzeba. Prowad¼! - ponagli³ go Sigurd.

Czu³ podniecenie; po raz pierwszy od dawna. To by³o to, co w tej pracy niemal lubi³: nag³e spotkanie, nag³y k³opot, nag³a zagadka i rozwi±zanie, które tylko czeka na odkrycie. Nie listy potrzebuj±cych, nie pos³añcy, a spotkanie na drodze i jego pomoc, której nie spodziewa³ siê nikt. Tak jak w Schwarzhof, tak jak ko³o Fichtendorfu i jak wiele razy w ci±gu ostatnich dwudziestu lat. To w³a¶nie do tych wspomnieñ ³owca wraca³ po wielu latach. Poza tym mowa by³a o krasnoludzie, a Sigurd od zawsze podziwia³ tê rasê. Dawno temu, kiedy usi³owa³ rozwik³aæ zagadkê znikniêcia jedynego syna hrabiego Ericha von Schattenheim, znalaz³ siê w - wydawa³o siê, beznadziejnej - sytuacji z kilkoma krasnoludami. Wola³ siê nie zastanawiaæ, co by by³o, gdyby nie Drumin Bladolicy i Vakkri Thingrimsson. To w³a¶nie wtedy ³owca dosta³ miecz, który od imienia swego wybawcy nazwa³ Vakkrondhem. Jak¿e dawno to by³o, pomy¶la³ Sigurd. Prawie dwadzie¶cia lat temu, kiedy jeszcze dzia³a³ w amoku i rozpaczy po wydarzeniach w domu Felearssona. Teraz jestem spokojniejszy, stwierdzi³ ³owca, nie dzia³am z ¿±dzy zemsty. Teraz wykonujê misjê powierzon± mi przez Sigmara. Po raz kolejny zastanawia³ siê, co by³o dla niego lepsze. Krzyki krasnoluda by³o s³ychaæ ju¿ z daleka. By³ w¶ciek³y, to siê da³o rozpoznaæ po liczbie przekleñstw, wykrzykiwanych przezeñ zarówno w reikspielu, jak i w khazalidzie. Gro¼by i wrzaski rozlega³y siê echem po ca³ym lesie. Halfling spojrza³ ze strachem na ³owcê, kiedy do jego uszu dosz³y gro¼by pod adresem wszystkich nizio³ków, jakie ¿yj± na tym przeklêtym ¶wiecie. Obecno¶æ Sigurda dodawa³a mu jednak odwagi i do¶æ pewnym krokiem podszed³ a¿ do zaro¶li.

- Tam. - szepn±³. - Za tymi krzakami. Taki du¿y d±b, tam go przywi±zali. Niech pan…

- Dziêkujê. - odrzek³ Sigurd. - Wracaj do domu, ja siê tym zajmê.

- Niech Sigmar pana chroni, Herr £owco! - powiedzia³ nizio³ek i oddali³ siê spiesznym krokiem.

£owca zbli¿y³ siê do zaro¶li. Powoli rozchyli³ ga³êzie i ujrza³ krasnoluda. Mia³ rude d³ugie w³osy i tak±¿ brodê, zaplecion± w trzy warkocze. Potê¿ne rêce szarpa³y bezskutecznie wiêzy. Czerwon± ze z³o¶ci twarz znaczy³o wiele blizn. Sigurd spokojnie wyszed³ zza krzaków, bez strachu zbli¿aj±c siê do krasnoluda. Ten z pocz±tku go nie zauwa¿y³, dopiero, gdy ujrza³ ³owcê dwa kroki przed sob±, przesta³ krzyczeæ, ale jego twarz nadal wykrzywia³a w¶ciek³o¶æ.

- Czego tu szukasz, cz³owieczku? - warkn±³. - Szaleñca? Idioty? ¬le trafi³e¶, choæ pewnie inni, podobni tobie, inaczej mówili. Widzisz ofiarê braku zaufania, waszego ludzkiego, po stokroæ przeklêtego braku zaufania…!

- Przyszed³em ciê wys³uchaæ. - odpar³ Sigurd. - Nie jestem jak inni. Opowiedz mi o tym, co innym wydawa³o siê niemo¿liwe.

- £owca czarownic, co? - mrukn±³ krasnolud nieco spokojniej. - Specjalista od Chaosu?

- Owszem. - odrzek³ ³owca. - Przyrzekam, ¿e nie bêdê siê ¶mia³, ani nie uznam ciê za szaleñca. Uwolniê ciê, je¶li mi opowiesz.

- Najpierw mnie uwolnij, to pogadamy! - warkn±³. - Nie bêdê spêtany mówi³ o tym, co pêta ten nieszczêsny ¶wiat!

Sigurd podszed³ do krasnoluda z mieczem i bez wahania rozci±³ jego wiêzy. Nieznajomy wyszarpn±³ siê gwa³townie i wyda³ z siebie w¶ciek³y ryk. £owca odsun±³ siê, gdy spojrzenie krasnoluda pad³o na niego, lecz po chwili spostrzeg³, ¿e ¶wie¿o wyzwolony spogl±da na jego miecz. W pewnej chwili bezceremonialnie chwyci³ go za klingê i obróci³, nie zwa¿aj±c na krew, której ¶wie¿e krople upad³y na such± glebê.

- Nasza robota. - rzek³ ze zdziwieniem. - Karaz-a-Karak.

- Tak. - potwierdzi³ Sigurd.

- Tylko trzech naszych wyrabia jeszcze takie miecze. Teraz ju¿ dwóch. Od dawna go masz?

- Dwadzie¶cia lat. - odpowiedzia³ ³owca. - Nieca³e.

- To móg³ byæ Vakkri Thingrimsson, mój wieloletni przyjaciel i powiernik, równie¿ móg³ byæ to Irt Trobsson… mo¿e i Bragni Rugnarsson, chocia¿ on jest zbyt dumny, by rozmawiaæ z lud¼mi. Powiedz, cz³owieczku, który z nich go wykona³?

- Vakkri. - odrzek³ Sigurd. - Rad jestem, ¿e trafi³em na jego przyjaciela. Czy wiesz mo¿e, jak on siê miewa?

- Niestety. - krasnolud przybra³ smutny wyraz twarzy. - Z³o¿y³ przysiêgê Grimnirowi.

- Rozumiem. - odpowiedzia³ ³owca ze smutkiem, chocia¿ wiedzia³, ¿e nigdy tego nie zrozumie, postanowi³ jednak nie gnêbiæ krasnoluda bolesnymi pytaniami. - Chcia³bym go jeszcze ujrzeæ, winien mu jestem wiele za uratowanie ¿ycia. Przyja¼ni³em siê z nim za dawnych lat. Ten miecz, Vakkrondh, nosi imiê w³a¶nie po nim.

- Przyjaciele Vakkriego s± moimi przyjació³mi! - zawo³a³ niemal rado¶nie nowy znajomy. - No, cz³owieczku, ja od razu wiedzia³em, ¿e¶ nie jest zwyczajnym s³abeuszem jak ci inni, co to siê nawet bali mnie zostawiæ niezwi±zanego. Jestem Lhazil zwany Stumpfzahnem, jako ¿e przegra³em czubki mych zêbów w zak³adzie z pewnym pod³ym szlachcicem. Jakie jest twe imiê, ³owco?

- Sigurd Salinsson. – odpar³ £owca. - Powiedz mi jednak, Lhazil, jak dosz³o do tego, ¿e krasnolud z Karaz-a-Karak, przyjaciel Vakkriego, zosta³ przywi±zany do drzewa i okrzykniêty szaleñcem?

- To d³uga historia. - zasêpi³ siê Lhazil. - Niezbyt ciekawa do tego. Pewnie trochê wiesz. Wraz z lud¼mi von Hartbada szli¶my z Talabheim. Ja i sami ludzie. Najwiêksze wyrzutki spo³eczne Imperium i kilku kislevickich pijaków. W dodatku dowódc± jest ten palant, Siergiej Karnov… po prostu wielka pomy³ka, ca³kiem niepotrzebna, w dodatku. Ale wytrzyma³bym, gdyby nie to. To siê zaczê³o jaki¶ czas… chyba kilka dni temu… z sze¶æ, siedem, o ile siê nie mylê… zaczê³y siê problemy… ¿e siê tak wyra¿ê, z broni±…

- Znaczy…? - dopytywa³ siê ³owca.

- Znaczy, odnios³em na pocz±tku nik³e wra¿enie, które z czasem przerodzi³o siê w pewno¶æ i strach… przyznajê, ¿e sam najpierw my¶la³em, czy aby ze mn± wszystko w porz±dku, ale znam siebie. Broñ o¿y³a, ³owco. Nie od razu, stopniowo, dzieñ za dniem. Wyobra¼ sobie moje zaskoczenie i przera¿enie, gdym to odkry³. ¯ywe miecze!

- Broñ magiczna? - zapyta³ Sigurd z podnieceniem w g³osie. Krasnolud pokrêci³ g³ow± przecz±co.

- Je¶li tak, to z³a to by³a magia, ³owco. To nie by³o to, ¿e miecze same wyskakiwa³y i atakowa³y wrogów. ¯eby tyle, to bym siê nawet cieszy³, bo gobosów i orków to¶my spotkali co niemiara. Nie, nie. Tam miecze rozmawia³y ze sob± nocami. Unosi³y siê w powietrzu, bi³o od nich takie z³owieszcze, zielonkawe ¶wiat³o. Nie s³ysza³em, o czym gadaj±; odwagi mi nie brak, ale na wsparcie innych liczyæ nie mog³em. Ciemne noce, ¿aden cz³eczyna nie wy¶ledzi³by tych przera¿aj±cych zebrañ. Ja jeden, nieszczêsny…

- A co na to Karnov? - ³owca mimowolnie spojrza³ z zaniepokojeniem na Vakkrondha.

- A co Karnov, pyta. Karnovowi nie w smak by³ krasnolud. Ten to wszêdzie by rywalizowa³, taki typ. G³upi, a silny. Jak siê roznios³o, ¿e Lhazil widzi i s³yszy gadaj±ce miecze, to siê nawet nie ¶mia³. Przylaz³ i kaza³ gêbê na k³ódkê trzymaæ, pod kar± ¶mierci. A ¿e bez pozwolenia Hartbada zabiæ nie móg³, to stru³ i do drzewa przywi±za³. ¯eby taki g³upi nie by³, to bym go podejrzewa³, ale on by nic nie wykombinowa³, idiota.

- Rozumiem. - odrzek³ Sigurd. - Dawno poszli?

- Wczoraj popo³udniem, pó¼no dosyæ. Na wschód siê udali, bo to tam mia³ Hartbad jakie¶ problemy. Blisko celu byli¶my, bo Karnov dawa³ ze dwa dni na doj¶cie.

- Dok±d?

- Eiseck.

Eiseck, pomy¶la³ ³owca. Sk±d¶ to znam, czy to nie tam mieli siê udaæ Drumin i Vakkri? Lata temu… Tak, Eiseck, miasto na wschodzie Imperium, dawniej przyjazne przybyszom, pe³ne ludzi, dzi¶ ponoæ zrujnowane przez ataki orków. Gnij±ce od ¶rodka, nad¿erane przez Chaos. S³ysza³ ju¿ niejedno o przybyszach stamt±d, którzy zapadali na ¶miertelne choroby z powodu ska¿enia wody spaczeniem. Wprawdzie by³y to sporadyczne przypadki, ale zawsze… Niewiele czasu potrzeba, by zniszczyæ spokój jakiego¶ miasta. Chaos dociera wszêdzie w ró¿nych postaciach, pomy¶la³ Sigurd. Ma tê przewagê, ¿e nie posiada cia³a, przyobleka je czasem, dla niepoznaki, ale w czystej postaci nie jest materialny. Jakie sprawy, wymagaj±ce takiej wyprawy, móg³ mieæ w Eiseck Heinrich von Hartbad? Sigurd by³ powa¿nie zaniepokojony. Mo¿e to oznaczaæ, ¿e hrabia jest zamieszany w jakie¶ brudne sprawki. Do Eiseck nie przyje¿d¿a ju¿ nikt o zdrowych zmys³ach, a sami mieszkañcy staraj± siê jak najszybciej uciec z przeklêtego miasta. Skoro jednak hrabia inwestuje w tyle istnieñ ludzkich… Trzeba siê pospieszyæ, zdecydowa³ Sigurd. Z krasnoludem nie dogoni ludzi hrabiego, ale mo¿na spróbowaæ innej drogi. Nie jest ona bezpieczna, ale za to o wiele krótsza. Powinni daæ radê, o ile siê pospiesz±. A Lhazil wygl±da³ na ¿±dnego zemsty, wiêc mo¿na ¿ywiæ nadziejê, ¿e przyspieszy to jego krok i pozwoli odnale¼æ Karnova przed dotarciem do miasta.

- Lhazil. - rzek³ powa¿nie. - Pozwól, proszê, ¿e uczynimy wedle mojego planu…

- Je¶li uratowa³ ciê Vakkri, musisz byæ wyj±tkowym cz³owieczkiem. - odpar³ Lhazil. - Powiedz, có¿ wymy¶li³e¶.

Sigurd spostrzeg³, ¿e ca³y czas do tej pory sta³. Opad³ na trawê i spojrza³ w oczy krasnoluda.


Lhazil szed³ powolnym krokiem, stawiaj±c stopy ostro¿nie. £owca wyprzedza³ go o kilka kroków, ale ca³y czas nie traci³ czujno¶ci. Szed³ têdy ostatnio przed piêtnastu laty i w±tpi³, aby od tego czasu droga zmieni³a siê na lepsze. By³ to obszar s³abo chroniony i niebezpieczny ze wzglêdu na blisko¶æ Eiseck. Tu mogli spotkaæ wszystko. Nie wiadomo, co mo¿e czaiæ siê miêdzy tymi drzewami, czekaj±c ze zniecierpliwieniem na ich nadej¶cie. £owca spojrza³ na towarzysza, próbuj±c wyczytaæ z jego twarzy strach. Krasnolud jednak nie wygl±da³ na przestraszonego. Wymachiwa³ dumnie swym toporem i co chwila wtr±ca³ jaki¶ komentarz, który nawet u Salinssona wywo³ywa³ cieñ u¶miechu. Smutek ogarn±³ serce Sigurda na wie¶æ o Vakkrim. Thingrimssona móg³ nazwaæ nawet przyjacielem, nielicznym spo¶ród wszystkich istot w ¶wiecie. Nie spotkali siê ju¿ nigdy wiêcej, ale ³owca wierzy³ zawsze, ¿e Vakkri sobie poradzi i modli³ siê o to do Sigmara. By³ pewien, ¿e na drodze ¿yciowej, przyjaciela bêd± spotyka³y same zwyciêstwa. Po prostu czu³, ¿e Vakkri na to zas³uguje, ¿e jest wart szczê¶liwego i godnego ¿ycia. Tymczasem sta³o siê co¶, co splami³o jego honor i nakaza³o mu z³o¿yæ przysiêgê Zabójcy. Mo¿liwe, ¿e krasnolud nie ¿yje ju¿, zabity przez hordê goblinów lub jakiego¶ przera¿aj±cego potwora.

- Vakkri ¿yje. - rzek³ nagle Lhazil, jakby odczytuj±c jego my¶li.

£owca spojrza³ na niego.

- Sk±d…

- Bo to Vakkri. Nie zginie, póki bogowie mu na to nie pozwol±.

- Chcia³bym tylko, ¿eby by³ szczê¶liwy. - powiedzia³ nieoczekiwanie dla samego siebie Sigurd. Wstyd go ogarn±³ i pomy¶la³, ¿e straci zaraz szacunek Lhazila. Ale krasnolud spojrza³ tylko na niego dziwnym wzrokiem.

- Mo¿e bogowie wys³uchaj± twego ¿yczenia, ³owco, skoro tak wiernie im s³u¿ysz. - mrukn±³, po czym zmieni³ temat. - Daleko do tego przeklêtego miasta?

- Blisko. Znaczy, w moim rozumieniu. - sprostowa³ ³owca, przypominaj±c sobie, ¿e Peter zawsze narzeka³ na jego tempo. - Dzi¶ wieczór dotrzemy ju¿ w okolice miasta, o ile nie spotkamy nikogo godnego uwagi.

- Masz na my¶li gobosy, cz³owieczku? - pytanie zabrzmia³o jak stwierdzenie.

- Albo gorzej. - potwierdzi³ Sigurd.

Ich trzech. Sigurd, Lhazil i duch Vakkriego miêdzy nimi. Szli znowu w milczeniu, pogr±¿eni w my¶lach. Vakkrondh nagle zda³ siê ³owcy ciê¿ki. Nagle wszystko sta³o siê ciê¿sze. Powietrze, ziemia, ka¿dy oddech, krok, rzeczywisto¶æ. Co¶ siê zmieni³o. Jakby nabra³o innego kszta³tu. Wszystko by³o nagle jakie¶ inne. Przepe³nione Vakkrim.

Nawet Oskara czy Petera nie brakowa³o ³owcy tak bardzo.

Morrslieb ¶wieci³ jasno na granatowoczarnym niebie, gdy doszli do du¿ego dêbu, rosn±cego przy zakrêcie. £owca poczu³ dym i us³ysza³ g³osy, dobiegaj±ce z daleka. Lhazil potwierdzi³, ¿e nale¿± one do Karnova i jego ludzi. By³o to zreszt± do przewidzenia - krasnolud szed³ w miarê szybko, a goblinów ani innych pod³ych stworzeñ nie spotkali, wiêc wszystko uk³ada³o siê zgodnie z planem. I dobrze siê sta³o, bo rozmowa z Lhazilem by³a tak samo ciê¿ka, jak milczenie. Atmosfera ci±gle nasycona by³a wspomnieniami, tak ¿ywymi dla nich obu. Stumpfzahn my¶la³ o Vakkrim, z którym siê wychowa³. £owca my¶la³ o Vakkrim, który uratowa³ mu ¿ycie. Obaj my¶leli tylko o nim i o tym, co by by³o, gdyby tu teraz by³. Nawet sprawa hrabiego zesz³a na dalszy plan, choæ Salinsson usi³owa³ skierowaæ swe my¶li na ni±. Bezskutecznie. Teraz jednak byli tak blisko, zaledwie drzewo i zaro¶la dzieli³y ich od ludzi von Hartbada. Teraz musz± na chwilê przestaæ, musz± spojrzeæ w tamt± stronê i zacz±æ ¿yæ tera¼niejszo¶ci±. W przesz³o¶ci nigdy nie znajd± odpowiedzi na zagadkê ¿ywej broni.

- Uwa¿aj. - powiedzia³ Sigurd. - Musimy zbli¿yæ siê do nich tak, ¿eby nas nie us³yszeli. St±paj ostro¿nie, id¼ za mn±, nie mów nic… w³a¶ciwie to…

- Mogê nawet nie oddychaæ, je¶li to ma pomóc, cz³owieczku. - zapewni³ krasnolud.

£owca modli³ siê do Sigmara, ¿eby ludzie von Hartbada ich nie us³yszeli. Lhazil nie umia³ poruszaæ siê cicho w lesie. Ka¿dy szelest zdradza³ wrogom ich obecno¶æ. Je¶li Karnov ich us³yszy - a, choæ g³upi, mia³ opiniê ¶wietnego wojownika - znajd± siê w marnym po³o¿eniu. Walka nie mia³aby ¿adnego sensu. Ucieczka skazana bêdzie na niepowodzenie, je¶li chodzi o krasnoluda. Bêdzie mo¿na oczywi¶cie spróbowaæ ukryæ siê w lesie, ale to mog³o siê równaæ ¶mierci jeszcze gorszej ni¿ z r±k tych ludzi. Nikt ich jeszcze nie us³ysza³. Na razie s± bezpieczni, o ile w okolicach Eiseck mo¿na mówiæ o bezpieczeñstwie. Wszystko jest dobrze, powtarza³ sobie ³owca. Nie ma powodu do niepokoju. Vakkri. Gdzie jeste¶, Vakkri? Dlaczego nie tu, kiedy chcesz ¶cigaæ Chaos, dlaczego nie mo¿esz po prostu walczyæ, a nie szukaæ ¶mierci? To nie tak mia³o byæ, co siê sta³o, je¶li to przeze mnie, po co wtedy przyk³ada³e¶ do tego rêkê? Ja móg³bym nie ¿yæ, ale skazywaæ ciê na ¿ycie z tym, to nie w porz±dku, niesprawiedliwe. ¯aden cz³owiek nie jest tyle wart! Spokojnie, nie zamieniaj siê w panikarza, rozkaza³ sobie Sigurd. Tu nie ma nic niezwyk³ego, tylko ludzie potrzebuj±cy pomocy. Nieraz przecie¿ bywa³o, ¿e potrzebuj±cy byli wrogo nastawieni…

G³osy nagle ucich³y.

- Co, do stu tysiêcy snotlingów?! - warkn±³ Lhazil.

- Nie wiem! - szepn±³ Sigurd, zdezorientowany.

Rozchyli³ ostro¿nie ga³êzie. Ujrza³ tylko dopalaj±ce siê ognisko. Wokó³ le¿a³y jakie¶ ¶mieci, resztki jedzenia, ale ani ¿ywej duszy w¶ród ciemno¶ci nocy. Jakby nagle rozp³ynêli siê w powietrzu, choæ przecie¿ byli tam chwilê temu. Wyszli wraz z Lhazilem zza krzaków, staraj±c siê szybko zorientowaæ w sytuacji. Nagle zniknêli? Tak po prostu? Niemo¿liwe. Na pewno gdzie¶ tu s±. Vakkri by ich znalaz³. Jeszcze przed chwil± by³o ich wyra¼nie s³ychaæ. Niech to snotling, znowu magia. Chaos tu, Chaos tam. Vakkri, co siê dzieje? Lhazil wiedzia³ lepiej od nich. Nie s³uchali. To ich dosta³o. Nie pos³uchali krasnoluda i maj±, wciê³o ich na krótk± chwilê przed nadej¶ciem pomocy, ironia losu.

Ale niezupe³nie.

Rozleg³ siê metaliczny zgrzyt, po czym us³yszeli znowu g³os Siergieja Karnova.

Tu¿ za nimi.


Miecz otoczony by³ zielonkaw± po¶wiat±, która pulsowa³a przy ka¿dym jego s³owie. Chocia¿ nie mia³ ust, Sigurd dok³adnie s³ysza³ jego g³os. By³ wielki, sporo wiêkszy od pozosta³ych. Im bardziej ostrze zbli¿a³o siê do nich, tym bardziej przenikliwe zimno czuli na twarzy obaj towarzysze. Zielone ¶wiat³o k³u³o w oczy, dra¿ni³o wszystkie zmys³y. Widaæ by³o, kim on jest. Jest panem. Jest najwiêkszym z nich wszystkich. Unosi³ siê w powietrzu, lekko kiwaj±c siê na boki.

A za nim inne miecze.

Te¿ unosi³y siê w górze, zgrzytaj±c i szepcz±c. W³a¶nie tak - tylko najwiêkszy z nich mówi³, reszta szepta³a. Czeka³y, ¶cie¶nione za dowódc±, na rozkaz. Choæ nie mia³y oczu, ³owca widzia³ dok³adnie, ¿e czuj± przed nimi strach. Tylko obecno¶æ dowódcy i magia Chaosu trzyma³a je tutaj.

- Stumpfzahn i jego towarzysz! - zazgrzyta³ najwiêkszy miecz g³osem Karnova. - Spokojnie, ch³opcy. - zwróci³ siê do swoich. - Leæcie ju¿ do Eiseck. Ja do was do³±czê, tylko wyja¶niê co¶ z tymi tu. Widzicie - wskaza³ na miecze przecinaj±ce srebrnymi iskrami czerñ nocnego nieba. - Oto my. My¶licie, ¿e to tylko wybryk szaleñca von Hartbada, a nigdy nie ogarniecie umys³ami ogromu tego przedsiêwziêcia. Byæ mo¿e nawet ja nie wiem wszystkiego, byæ mo¿e co¶ jeszcze jest dla mnie tajemnic±. To jest to, czego tacy jak wy nigdy nie zrozumiej±, nawet, je¶li próbowa³bym to wyja¶niæ zwyczajnym jêzykiem. Zreszt±, co ja was bêdê tym zanudza³ przed ¶mierci±…

- Dlaczego ja… - przerwa³, mimo strachu, Lhazil, ale urwa³. Zrozumia³.

- Krasnolud, krasnolud. Jeste¶ istot± niepodatn± na magiê, czego hrabia nie przewidzia³. Nie zadzia³a³ na ciebie napój, który roznosi³y wtedy te dziewki, pamiêtasz go jeszcze? Niewa¿ne zreszt± - mo¿e masz te¿ s³ab± pamiêæ. Spieszno mi do Eiseck, wiêc wybaczcie, ale muszê was zabiæ.

Z tymi s³owy rzuci³ siê na krasnoluda. Lhazil tylko prychn±³ i zamierzy³ siê toporem, ale, o dziwo, Karnov okaza³ siê wyj±tkowo mocny. Mimo znacznej si³y krasnoluda walka by³a wyrównana, co nie mia³oby miejsca, gdyby pod³y odmieniec by³ w ludzkiej postaci.

I cios za ciosem, raz po raz. O¿ywiony spaczeniem miecz i topór. Mimo wysi³ków Sigurda, ³owcy nie uda³o siê do nich zbli¿yæ. Jaka¶ tajemnicza moc odpycha³a go od miecza. Wiedzia³, co to za moc. To by³ w³a¶nie czysty Chaos, którego nikt nie móg³by ujrzeæ, choæby s³u¿y³ mu ca³e ¿ycie. Nie móg³by, bo Chaos nie nale¿y tylko do tego ¶wiata, nale¿y równie¿ do czego¶ niepojêtego, co le¿y poza nim.

Jakie to dziwne, a zarazem oczywiste, pomy¶la³ Sigurd. Chaos w czystej postaci nie ma cia³a, wiêc to wszystko nie powinno nikogo dziwiæ. A jednak ¿ywa broñ by³a uwa¿ana za co¶ niezwyk³ego nawet jak na Chaos. Ludzie s± dziwni, stwierdzi³ po raz kolejny ³owca.

Lhazil szybko siê zmêczy³. Nie ma siê czemu dziwiæ; krasnoludy nie nale¿± do istot szczególnie szybkich, a w walce z o¿ywionym mieczem szybko¶æ i zwinno¶æ by³y podstaw± wygranej walki. Topór nie lata³ ju¿ tak szybko, a ciosy Karnova by³y coraz silniejsze. Sigurd patrzy³ na to bezsilnie. Za chwilê broñ zdradzi w³a¶ciciela, jak to nieraz bywa³o. Lhazil zginie, choæ opiera³ siê tak d³ugo, ca³y jego wysi³ek pójdzie na marne. £owca ci±gle nie móg³ zadaæ mieczowi ¿adnego ciosu. Moc spaczenia odpycha³a go od krasnoluda i Karnova, który l¶ni³ z³owieszczo w ¶wietle Morrslieba.

Zaraz…

Morrslieb!

£owca spojrza³ na ksiê¿yce. Morrslieb. ¦wiat³o Morrslieba.

Sigurd ¶ci±gn±³ p³aszcz, podszed³ od ty³u do Karnova i narzuci³ go na niego energicznym ruchem. Miecz upad³ na ziemiê, ci±gle w¶ciekle siê wij±c, ale zdecydowanie os³ab³. £owca podszed³ raz jeszcze i zada³ cios.

Zgrzyt metalu.


Kiedy Lhazil odwin±³ Karnova z p³aszcza, ujrza³ tylko z³amane na pó³ ostrze. Pogruchotane kawa³ki tego, co kiedy¶ by³o cz³owiekiem, stwierdzi³ i wzdrygn±³ siê na tê my¶l. Nie. Tu nie ma nic z cz³owieka. Tu jest tylko pokonany Chaos. Niegro¼ny, okie³znany, choæ z pewno¶ci± nie ostatecznie martwy. To nie Karnov, tylko o¿ywiona spaczeniem broñ, która mia³a siaæ zniszczenie i ¶mieræ. Ale to siê nie stanie. Miecz straci³ ju¿ zielonkaw± po¶wiatê, by³ tylko zwyczajnym kawa³kiem metalu. Przyjrza³ mu siê dok³adnie. Nie mia³ w sobie nic niepokoj±cego. Zwyk³y cz³eczy miecz, pomy¶la³.

Spojrza³ na Sigurda, który ogl±da³ uwa¿nie ostrze Vakkrondha. £owca przeniós³ nagle spojrzenie na krasnoluda.

- To nie koniec. - stwierdzi³.

Nie. - skin±³ g³ow± Lhazil.

- Idziesz do Eiseck? - zapyta³, z napiêciem wpatruj±c siê w twarz towarzysza.

- Choæby zaraz. - odrzek³ szybko krasnolud.

Sigurd Salinsson obejrza³ jeszcze raz swój miecz. Zrozumia³, ¿e Vakkri by³ przy nim zawsze, i bêdzie do koñca, do samej ¶mierci ³owcy. Zwyczajny kawa³ek metalu mo¿e staæ siê narzêdziem wielkiego z³a, ale mo¿e te¿ chroniæ w³a¶ciciela i walczyæ dla tego, co jeszcze jest dobre. A w tym tu kawa³ku jest Vakkri, który zawsze chcia³ walczyæ w s³usznej sprawie. Sigurd poczu³ siê bezpieczny.

Spojrza³ z u¶miechem na Lhazila i uniós³ Vakkrondha wysoko. Ostrze zal¶ni³o w blasku ksiê¿yców.

- Vakkriego! - zawo³a³, wskazuj±c drogê do miasta.

Chcia³bym móc jeszcze raz ujrzeæ wtedy mury Eiseck; móc przystan±æ pod nimi i jeszcze raz to wszystko przemy¶leæ. Wiem. Nie cofn±³bym siê. Moja decyzja w ¿aden sposób nie uleg³aby zmianie. By³em pewien, ¿e postêpujê s³usznie; teraz te¿ jestem. Chcia³bym jednak móc jeszcze raz stan±æ tam, ju¿ wiedz±c, co siê wydarzy i popatrzeæ chwilê na siebie. Popatrzeæ we w³asne oczy i pomy¶leæ chwilê nie o Chaosie, a o Sigurdzie Salinssonie. Mo¿e us³ysza³bym wtedy tamto pytanie; pytanie, które zagubi³o siê gdzie¶ w tym wszystkim, a w odpowiedzi na które kry³ siê ratunek. Nie jestem z siebie dumny i nigdy ju¿ nie bêdê. Te wydarzenia zmieni³y mnie na zawsze. Mo¿e gdybym us³ysza³ to pytanie, pozosta³bym cz³owiekiem wartym tej wielkiej legendy.

Wtedy nie wiedzia³em jeszcze, co niesie ze sob± podró¿ do przeklêtego miasta. Czu³em jedynie, ¿e jestem ju¿ blisko celu. Obecno¶æ Lhazila utrzyma³a mnie w jednym kawa³ku; gdyby nie on, byæ mo¿e zapomnia³bym o wszystkich pytaniach. Nie jestem z siebie dumny, jak ju¿ mówi³em – ale te¿ nie straci³em mego honoru. Jestem Sigurdem Salinssonem i w mej legendzie jest ziarno prawdy.

Gdy wspominam Eiseck, przestajê jednak wierzyæ w tê legendê. Ka¿dy, kto zna³by prawdê, przesta³by w ni± wierzyæ. To by³y najmroczniejsze chwile w moim ¿yciu. Chaos uderzy³ bezpo¶rednio we mnie; nie tylko on zreszt±. Choæ mo¿e nie jest to dobre usprawiedliwienie, jestem pewien, ¿e nikt nie wytrzyma³by tej próby. To, co mia³o nadej¶æ, by³o du¿o straszliwsze ni¿ to, czego oczekiwa³em po tym mie¶cie. Jedyn± barw±, jak± odtwarzam w pamiêci, jest czerñ, spowijaj±ca tamte wydarzenia. Chcia³bym móc jeszcze raz prze¿yæ ca³e ¿ycie do tamtego momentu i spojrzeæ raz na siebie. Mo¿e po prostu roze¶mia³bym siê…mo¿e odwróci³bym wzrok w inn± stronê. Jedno jest pewne; nie mogê tego zrobiæ. Ju¿ nie. Wybra³em los niewolnika. Wybra³em wiêzy, które mnie spêta³y na zawsze…


¦wit rozla³ siê po niebie szar± smug± i o¶wietli³ drogê do miasta. Las siê ju¿ skoñczy³ i oto na wprost przed sob± ³owca i krasnolud ujrzeli mury Eiseck. W szaro¶ci ¶witu miasto wygl±da³o na wiêcej ni¿ upiorne. W bia³awej mgle zrujnowany mur ledwie majaczy³ przed ich oczami, ale i to wystarczy³o, ¿eby zasiaæ w nich ziarno niepokoju. Lhazil pomy¶la³ sobie, ¿e za nic nie chcia³by ogl±daæ go w ¶wietle Morrslieba, kiedy najstraszliwsze potwory Chaosu budz± siê ze snu. Zreszt± Chaos jak Chaos, zwyk³e gobosy mog± tam byæ, a bo to trudno je spotkaæ w takiej okolicy? I wszystko inne… A najbardziej martwili Lhazila ludzie von Hartbada. Ludzie? Krasnolud pokrêci³ g³ow±. Chwa³a Grungniemu, ¿e on sam jest tak niepodatny na magiê i nie sta³ siê ¿ywym toporem. Karnova nie ¿a³owa³, bo nie znosi³ idioty, ale taki Stanis³aw czy Martin, to byli ca³kiem porz±dni ch³opcy, oczywi¶cie jak na s³ab± cz³ecz± rasê. A teraz? Dusze zaklête w metal, spaczone, z³e. Kto wie, jak wielkim szaleñcem jest hrabia i ci, którzy z nim siê w tym szaleñstwie jednocz±?

Sigurd szed³ w milczeniu obok krasnoluda. Czu³ senno¶æ i wiedzia³, ¿e nie by³a ona spowodowana tylko brakiem snu tej nocy. Tak dzia³a³a obecno¶æ magii Chaosu, blisko¶æ tych, których ten nieszczêsny ¶wiat nigdy nie powinien by³ ujrzeæ. £owca postanowi³, ¿e odpoczn± jeszcze przed wej¶ciem do miasta. Nie wierzy³ po prawdzie, ¿e to cokolwiek da, ale spróbowaæ trzeba. Spojrza³ na Lhazila. Krasnolud zdawa³ siê nie baæ, ale kto wie, co w takim siedzi. Mo¿e w ¶rodku krzyczy ze strachu i b³aga bogów o wybawienie. Nikt go nie przejrzy, taka rasa.

Eiseck by³o coraz bli¿ej, coraz wiêksze wydawa³y siê jego mury. Co nas czeka, zapyta³ sam siebie ³owca, patrz±c na szare, zasnute chmurami niebo. Czy znowu cz³owiek, którego w³asna s³abo¶æ zaprowadzi³a do zguby? A mo¿e kto¶ taki jak Amrond Illeamir, który ze wzoru praworz±dno¶ci potrafi³ uczyniæ wiernego s³ugê Chaosu? A mo¿e kto¶ pokroju Yvonne von Traubenbach, straszny i niepokoj±co piêkny? Czy co¶ jeszcze gorszego, czego nie mogli sobie nawet wyobraziæ? Sigurd obserwowa³ bacznie towarzysza i co¶ w jego wyrazie twarzy kaza³o mu s±dziæ, ¿e i on zmaga siê z w±tpliwo¶ciami.

Czy on, Sigurd Salinsson, kiedykolwiek siê z nimi rozsta³, odk±d dwadzie¶cia lat temu zajrza³ przez brudne okno domu Felearssona?

- Mo¿esz jeszcze zmieniæ zdanie i zawróciæ, Lhazil. - rzek³ ³owca czarownic.

Przed nimi rozci±ga³a siê szeroka ulica. Przechodnie - bardzo nieliczni - spogl±dali na nich z lêkiem i niechêci±. Zrujnowane budynki przes³ania³ cieñ, który na pewno nie by³ tylko deszczowa chmur±. Nikt z przechodz±cych choæby w najmniejszym stopniu nie wydawa³ siê godny zaufania.

- Nie obra¿aj mnie, cz³owieczku. - warkn±³ Lhazil. - Jestem krasnoludem.

- Tak tylko pyta³em. - mrukn±³ Sigurd. - To niebezpieczna wyprawa.

- Wiem.

£owca da³ spokój, widz±c wyraz twarzy towarzysza. Mo¿e i wie, ma³o to Chaosu w Górach Krañca ¦wiata? Na pewno nieraz siê z nim zetkn±³. Niema³o z³a musia³ ju¿ ten krasnolud widzieæ, skoro nawet czubki zêbów postrada³. A zreszt±, czego oczekiwa³em, zapyta³ siebie Sigurd, czy tego, ¿e zawróci i pójdzie w swoj± stronê? Nie; ¿aden krasnolud by tego nie zrobi³. A na pewno nie przyjaciel Vakkriego.

Sam Vakkri by³ przecie¿ tak odwa¿ny i waleczny, ¿e duch walki wstêpowa³ we wszystkich wokó³. Vakkri nie traci³ g³owy w ¿adnej sytuacji; Vakkri by³ rozs±dny, ale nie ba³ siê post±piæ inaczej od reszty. Przecie¿ wtedy, dwadzie¶cia lat temu w Schattenheim, nikt by nie wróci³ po cz³owieka, nikt nie stara³by siê go uratowaæ, nikt nie da³by mu tak wspania³ego miecza. On jeden. Vakkri Thingrimsson.

- Masz jaki¶ plan, cz³owieczku? - zapyta³ Lhazil, gdy minê³a ich kolejna banda najemników, która jednak nie przypomina³a ludzi Karnova.

- Powiedzmy. - odrzek³ Sigurd. - Najpierw jednak przyda³oby siê od¶wie¿yæ gdzie¶ umys³.

- Masz na my¶li piwo? - ucieszy³ siê krasnolud.

- Jak najbardziej. - skin±³ g³ow± ³owca. - Nie uwa¿asz, ¿e powinni¶my co¶ zje¶æ i wypiæ, zanim ruszymy na poszukiwania?

- Krasnolud mo¿e nie je¶æ i ca³e tygodnie, ale bez piwa nie wytrzyma d³ugo ¿aden z nas! - mrukn±³ Lhazil. - Choæ nale¿ysz do tej s³abej rasy, to trzeba ci przyznaæ, ¿e pomys³y jak do tej pory masz przednie.

No to w drogê. - rzek³ Salinsson i mimo wszystko u¶miechn±³ siê.


Oczekiwania obu towarzyszy by³y jednak zbyt wygórowane. Zapomnieli, ¿e znajduj± siê w Eiseck, w zwi±zku z czym rozczarowanie ich by³o wielkie. Oczekiwali odpoczynku, skromnego, ale smacznego posi³ku, spokoju. A zamiast tego zastali, szkoda gadaæ, zaduch, s³abe ¶wiat³o, ha³a¶liwe rozmowy, tu i ówdzie sprzeczki. I kiepskie piwo, doda³ w my¶lach Lhazil Stumpfzahn, s±cz±c z kufla z³oty p³yn. Woda, pomy¶la³ z pogard± krasnolud. Sigurd nie zwraca³ uwagi na pity napój, rozgl±daj±c siê na boki w zadumie. ¯adnego punktu zaczepienia. Nikogo, kogo mo¿na by spytaæ o ludzi von Hartbada. Nikogo, komu mo¿na by zaufaæ. Zaufaæ, pomy¶la³ Sigurd, u¶miechaj±c siê ironicznie. Nie ten ¶wiat, nie ten ¶wiat, tu zaufanie musi byæ wzglêdne, inaczej ³atwo zgin±æ. Oskar Felearsson, Peter Frechzung, Rugrudd - do¶wiadczenie nauczy³o Sigurda, ¿e najlepsz± obron± przed Chaosem jest podejrzliwo¶æ.

Faktycznie, piwo nie by³o zbyt dobre. Salinsson pamiêta³ jeszcze "Krwawego Friedricha" w Talabheim i ró¿nica pomiêdzy piwem tu i tam by³a ogromna. Widaæ nawet tu odcisnê³o siê piêtno zepsucia, nawet tu widaæ, jak szybko gnije spo³eczno¶æ Eiseck. Nawet posi³ek, jaki dostali - czy aby nie zbyt wiele za¿±dano od nich za co¶ takiego? - nie by³ ani smaczny, ani nawet po¿ywny. Czego siê tu jednak spodziewaæ, kiedy w mie¶cie grasuje Hartbad i banda ¿ywych mieczy?

£owca poczu³, ¿e krasnolud szturcha go ³okciem pod ¿ebro. Odwróci³ siê niechêtnie i spojrza³ na swego brodatego towarzysza.

Nie chcê ci przeszkadzaæ w degustowaniu tak wy¶mienitego napoju, cz³owieczku - jego g³os ocieka³ sarkazmem - ale zdaje mi siê, ¿e widzê starego znajomka z dru¿yny Karnova.

- Gdzie? - Sigurd rozejrza³ siê gwa³townie.

- Ciii. - sykn±³ Lhazil. - Tam siedzi. Na lewo. Widzisz? Ten w p³aszczu.

- Jeste¶ pewien?

- Jak tego, ¿e to piwo smakuje jak szczyny snotlinga. Nazywa siê Stanis³aw. Ca³kiem porz±dny ch³opak by³, w Kislevie mia³ ¿onê i dwoje dzieci, nieraz o nich opowiada³. Wygl±da na to, ¿e siedzi sam. Co robimy?

- A co mo¿emy, trzeba z nim grzecznie porozmawiaæ. - odrzek³ ³owca. - Grzecznie, z mieczem i toporem w pogotowiu. Ruszaj siê.

Wstali i ruszyli w stronê cz³owieka. Siedzia³ nad kuflem piwa zamy¶lony i zdawa³ siê w ogóle nie dostrzegaæ dwóch gro¼nie wygl±daj±cych postaci, zbli¿aj±cych siê do niego. Kiedy ju¿ dotarli na miejsce, spojrza³ na nich przelotnie.

- Stanis³aw. - rzek³ krasnolud.

Stanis³aw popatrzy³ wnikliwie.

- Lhazil?! - zawo³a³. - Pewien by³em, ¿e ciê ju¿ nie spotkam!

- Jak wszyscy wasi. - burkn±³ krasnolud. - Ale wróci³em, w dodatku z bardzo mocnym cz³owieczkiem. Nie damy my siê ju¿ struæ i wystawiæ na drwiny, chudy. - jego ciê¿ka d³oñ spoczê³a na ramieniu cz³owieka, zanim ³owca zd±¿y³ zareagowaæ. - Teraz mo¿esz nas zaprowadziæ do…

- Czekaj, Lhazil! - sykn±³ Sigurd. - Nie trzeba go od razu straszyæ, w miecz siê za dnia przecie¿ nie zamieni. A choæby i nawet, nas jest dwóch, a karczma pe³na, wiêc mamy mia¿d¿±c± przewagê…

Ja bym chcia³ wiedzieæ, o co chodzi. - przerwa³ delikatnie Stanis³aw. - Jaki miecz? Bo ja ten mój to zostawi³em w obozie… w ogóle dziwna sprawa, wiesz…

- W jakim obozie?! - zdumieli siê obaj towarzysze.

No, Karnova. W³a¶nie chcia³em ci powiedzieæ, Lhazil, ¿e dziêki tobie postanowi³em uciec. Jak siê ju¿ takie zaczê³y rzeczy dziaæ, ¿e jednego z nas trzeba by³o truæ i wi±zaæ, to ju¿ wiedzia³em, ¿e nie dla mnie taka wyprawa. Co tam broñ, co tam pieni±dze, ja Magdê z dzieæmi chcê zobaczyæ jeszcze…

- Zaraz, zaraz. - Lhazil nagle pu¶ci³ cz³owieka. - Chcesz powiedzieæ, ¿e¶ uciek³ od Karnova? Kiedy?

- Parê godzin po tym, jake¶my ciê zostawili. Karnovowi co¶ odbija³o po tym wszystkim, w ogóle ludzie siê dziwnie zachowywali, Martin nawet gadaæ nie chcia³. A co…

- Wygl±da na niewinnego. - powiedzia³ krasnolud. – A niewinny mo¿e nam siê przydaæ.

- A we¼miesz za niego odpowiedzialno¶æ? - zapyta³ ³owca. I jemu Stanis³aw wyda³ siê niewinny, ale rado¶æ z jego odnalezienia nie przyæmi³a jego wrodzonej podejrzliwo¶ci.

- Wezmê. - westchn±³ ciê¿ko Lhazil. - Musimy mu wszystko powiedzieæ. Bez obaw, ³owco. Jeszcze jeden cz³owieczek nam siê przyda.

- Z pewno¶ci±. - mrukn±³ ³owca i pozwoli³, by krasnolud wyprowadzi³ lekko oszo³omionego Stanis³awa z karczmy.

Sam ruszy³ za nimi, ogl±daj±c siê co chwila za siebie.

Od d³u¿szej chwili mia³ ci±g³e wra¿enie, ¿e kto¶ go obserwuje.


Czekali teraz na cz³owieka w ciemnej bramie. Miejsce zdecydowanie nie by³o ani przyjemne, ani bezpieczne. Rynsztokowy odór nie by³ jednak w po³owie tak niezno¶ny jak strach o Stanis³awa. Lhazil raz po raz powtarza³ sobie, ¿e cz³owieczek nie takie rzeczy przechodzi³; nie byle jaki by³ z niego zwiadowca przecie¿. A jednak siê ba³. Nie o samego Stanis³awa, ale o to, ¿e teraz, kiedy s± ju¿ na tropie, musieliby zacz±æ poszukiwania od pocz±tku.

Krasnolud westchn±³. Kiedy opowiedzieli zwiadowcy o Karnovie i ¿ywych mieczach, przerazi³ siê. Oczywista rzecz, ka¿dy by siê przerazi³ na jego miejscu; do Eiseck poszed³ z ciekawo¶ci, zobaczyæ, có¿ von Hartbad tamtym zleci³. Nie spodziewa³ siê, ¿e na miejscu zastanie dawnego towarzysza z ³owc± czarownic i ¿e us³yszy opowie¶æ o tym, jak hrabia zamieni³ innych w ¿ywe miecze. A jednak zgodzi³ siê pomóc; có¿, ca³kiem odwa¿ny, jak na cz³owieczka, pomy¶la³ Lhazil. Szkoda by by³o go straciæ teraz, kiedy ju¿ prawie znale¼li tamtych. Dzisiejszej nocy mieli przecie¿ udaæ siê do siedziby hrabiego, Stanis³aw obieca³, ¿e j± znajdzie.

Sigurd zastanawia³ siê, czy w mie¶cie tak zniszczonym przez Chaos s± bardzo zagro¿eni zwyk³ym napadem rabunkowym. Czy mo¿e nawet zwykli bandyci bali siê ju¿ przyje¿d¿aæ do Eiseck? A je¶li nawet, to jak wiele czasu minie, zanim co¶ ich zaatakuje? £owca my¶la³ o tym bez strachu. Walka nie by³a najgorsza. Ale czekanie, czekanie - ono by³o najbardziej uci±¿liwe. Oprócz tego Sigurd tak samo jak Lhazil ba³ siê o Stanis³awa. Cz³owiek wydawa³ siê naprawdê porz±dny. Móg³ siê przydaæ.

A je¶li…

Ale nie, nie tym razem. Nadchodzi ju¿; ³atwo go poznaæ po wyj±tkowym wzro¶cie, smuk³ej sylwetce i p³aszczu. Rozgl±da siê na boki podejrzliwie; czy to mo¿liwe, ¿e i jego kto¶ ¶ledzi? Mo¿e to ta sama osoba, co sz³a za nimi… Sigurd potrz±sn±³ g³ow±. Gra rozstrojonej wyobra¼ni. W takim mie¶cie jak Eiseck to siê mo¿e zdarzyæ, magia Chaosu ró¿nie oddzia³uje na ludzi. Oczywi¶cie, nikt za nimi nie idzie. Dru¿yna Karnova oczekuje w swojej kryjówce powrotu dowódcy i jest pewna, ¿e ten zwyciê¿y³; ciê¿ko by by³o zreszt± zwyk³emu cz³owiekowi pokonaæ ¿ywy miecz.

- Jestem. - oznajmi³ przyby³y.

- Widzimy. - mrukn±³ Lhazil. - A znalaz³e¶ ludzi hrabiego?

- Znalaz³em, co mia³em nie znale¼æ. - wzruszy³ ramionami Stanis³aw. - Ciê¿ko by³o, ale ja tam siê ³atwo nie poddajê. Do¶æ ³atwo zreszt± przysz³o mi samo ich odnalezienie. Trochê gorzej by³o z oszacowaniem ich liczby… postawicie mi du¿e piwo, panowie. Narazi³em w³asne ¿ycie, ¿eby pos³uchaæ, o czym gadaj±. Nie kryli siê specjalnie; w tym mie¶cie nikt ju¿ tego nie pilnuje…

- Ilu? - przerwa³ ³owca.

- Karnovowi ludzie i kilku innych, na których natknêli¶my siê w Hartbad. - spojrza³ na krasnoluda. - Ale to siê szybko zmieni.

- Kiedy? Gadaj! - rozkaza³ Sigurd, patrz±c na cz³owieka niecierpliwie.

- Za trzy dni ma przybyæ von Hartbad z jeszcze kilkoma oddzia³ami. Je¶li siê pospieszycie… znaczy, my… mo¿ecie za³atwiæ tych tutaj i powitaæ hrabiego mi³± niespodziank±. Takie jest moje zdanie, osobi¶cie nie widzê w tym mie¶cie nikogo, kto jeszcze móg³by wam pomóc, ale jako niedosz³a ofiara tego zwyrodnialca oferujê swoje…

- Przerwa³ mu cienki pisk i zdumieni ludzie zd±¿yli zarejestrowaæ tylko b³yskawiczny ruch potê¿nego ramienia Lhazila. U³amek chwili, jedno uderzenie serca - i krasnolud trzyma³ w mocnym u¶cisku jak±¶ istotê.

Sigurd, ci±gle jeszcze nie mog±c siê nadziwiæ szybkiej reakcji towarzysza, podszed³ bli¿ej. Poniewa¿ istota kopa³a z ca³ych si³, musia³ do niej podej¶æ z boku. Dojrza³ teraz, ¿e by³a to m³oda dziewczyna. Najwy¿ej dwadzie¶cia, dwadzie¶cia jeden lat; ciemne w³osy i zielonopiwne oczy, rzucaj±ce mordercze spojrzenia.

- No i co my tu mamy, co? - mrukn±³ ³owca, raczej sam do siebie, ni¿ do towarzyszy.

- Cz³ecz± dziewkê. - wyszczerzy³ zêby Lhazil. - Ca³kiem ³adna, hê? Za chuda, jak dla mnie, ale…

- Ty nas ¶ledzi³a¶? - zapyta³ Sigurd.

W odpowiedzi dziewczyna splunê³a mu w twarz.

Nie odrywaj±c wzroku od niej, ³owca star³ ¶linê z policzka. Ka¿da inna zosta³aby teraz zabita, ale co¶ w jej spojrzeniu nakazywa³o ³owcy zaczekaæ.

- To nie by³o zbyt mi³e. Tylko na tyle ciê staæ? - na jego twarzy wykwit³ szyderczy u¶miech. - My¶la³em, ¿e Chaos ma bardziej wyrafinowane metody zabijania.

- Jaki Chaos, co ty gadasz, nawiedzony bubku?! - warknê³a. - Mo¿esz sobie my¶leæ, co chcesz, ale nie pochlebiaj sobie, nie ka¿dy, kto was ¶ledzi, jest wyznawc± po stokroæ przeklêtych bogów Chaosu!

- To prawda. - przyzna³ Sigurd. - Prostactwo mo¿e nie mieæ nic wspólnego z Chaosem. Niemniej jednak powiedz, po co nas ¶ledzi³a¶, skoro sama siê przyzna³a¶. Jaki po¿ytek mia³aby¶ z naszej ¶mierci?

- To, ¿e was ¶ledzi³am, nie znaczy, ¿e chcia³am zabiæ. - odburknê³a ponuro. - Nie jestem g³upia, widzê, kim jeste¶. Chodzi³o o pewne informacje Puszczaj mnie, pójdê sobie i bêdziesz mia³ spokój do koñca ¿ycia!

- Ona ju¿ zadba o to, ¿eby nie by³o za d³ugie. - odezwa³ siê Stanis³aw. - Co robimy, Salinsson? Sytuacja do¶æ nieprzyjemna. Sam rozumiesz, tu w Eiseck wszystko wygl±da inaczej… Osobi¶cie radzi³bym ci…

- Zabiæ j±, co nie?! - szarpnê³a siê w¶ciekle.

- Có¿, nie chcesz powiedzieæ, czego szukasz, a my ryzykowaæ nie mo¿emy… - ³owca zawiesi³ g³os i spojrza³ na dziewczynê.

Zwiesi³a beznadziejnie g³owê i ¶ciszy³a g³os do ledwo s³yszalnego szeptu.

- Szukam mojego przyjaciela, jasne?

Ju¿ bardziej. - zgodzi³ siê Sigurd. - Jednak dlaczego ¶ledzisz nas?

- Bo wiem, ¿e szukacie ludzi hrabiego von Hartbada, a tak siê sk³ada, ¿e on do nich nale¿y! - burknê³a ostro.

By³ w dru¿ynie Siergieja Karnova? - zapyta³ ostro¿nie krasnolud.

- Nie. - odrzek³a. - Nie by³. Nie bêdê o tym z wami rozmawiaæ. A na pewno nie z kim¶ takim, jak ty. - spojrza³a na Lhazila. - Nie zgodzi³by¶ siê nigdy z powodem, dla którego tu przyby³am. Nie zrozumia³by¶. ¯aden z was. Ja muszê uratowaæ przyjaciela.

- Z pewno¶ci± potrzebuje on ratunku. - przytakn±³ Sigurd.

- Salinsson, co ci jest, omami³a ciê, czy jak?! - zawo³a³ gniewnie Stanis³aw. - Nie widzisz, o co jej chodzi?! Wzbudza lito¶æ, zaskarbia sobie sympatiê, a potem ju¿ po nas!

- Nie. - przerwa³ ostrym tonem ³owca. - Nie. Puszczaj j±, Lhazil.

Krasnolud pu¶ci³ "cz³ecz± dziewkê", choæ z niema³ym ¿alem.

- Jak siê nazywasz? - zapyta³ j± Sigurd. - Sk±d jeste¶?

Bianka Waldhoffer. - odrzek³a. - Z Helmgartu.

- Czy chcesz razem z nami uratowaæ nie tylko twego przyjaciela, ale i innych, którzy poszli za hrabi± von Hartbadem na stracenie?

Jego szare oczy napotka³y jej chmurne spojrzenie.

- Nie obchodzi mnie los innych; chcê ocaliæ tylko jego. Ale nie jestem g³upia, jak mówi³am; sama nie dam rady. Có¿, skoro sam proponujesz… Czy po tym, jak splunê³am ci w twarz, bêdziesz chcia³ mnie ogl±daæ?

- Odpowiem na to pytanie kiedy indziej. - u¶miechn±³ siê lekko ³owca. - Stanis³aw, podaj adres. Jutro za dnia udamy siê do siedziby von Hartbada i dok³adnie sprawdzimy otoczenie. Potem w nocy zaatakujemy.

- Czemu nie idziecie teraz?! Mieli¶cie inne plany! O co wam chodzi?! - w oczach Kislevity pa³a³a dziwna mieszanka w¶ciek³o¶ci i rozpaczy. - I dlaczego, do jasnej cholery, nikt mnie nie s³ucha?

- I czemu w nocy, kiedy miecze s± ¿ywe?! - zdumia³ siê krasnolud.

- Bo teraz musimy siê nad wszystkim powa¿nie zastanowiæ. Musimy pomy¶leæ nad t± ca³± wypraw±. Byæ mo¿e zdobêdziemy nowe informacje. Nie musimy siê spieszyæ, nim hrabia wróci, minie jeszcze trochê czasu. Co do twojego pytania, Lhazil, to zauwa¿, ¿e wedle wszelkich przypuszczeñ walka bêdzie siê toczyæ w pomieszczeniach, gdzie dostêp do ¶wiat³a Morrslieba bêdzie mniejszy. A poza tym nie spodziewaj± siê ataku w nocy. Wierz± w swoj± si³ê. - £owca pomy¶la³, ¿e gdyby by³ na miejscu Lhazila i Stanis³awa, uwierzy³by z ³atwo¶ci± w swoj± argumentacjê.

Ale naprawdê szuka³ byle pretekstu, ¿eby wyci±gn±æ od dziewczyny wiêcej informacji. Ilekroæ jego oczy napotyka³y jej dziwne spojrzenie, utwierdza³ siê w przekonaniu, ¿e z atakiem nale¿y poczekaæ. Mia³ tylko nadziejê, ¿e Stanis³aw i Lhazil nie zw±tpi± w niego. Chyba nie, stwierdzi³, jeden dzieñ opó¼nienia to nic, jak Hartbad wraca dopiero za trzy dni.

- O ile pamiêtam, maj± w co wierzyæ, cz³owieczku. - stwierdzi³ ponuro Lhazil. - Ale to ty jeste¶ ³owc± czarownic. Có¿… Stanis³aw, pos³uchaj go. Jutro siê wszystkim zajmiemy.

- Ale¿ oczywi¶cie. - mrukn±³ niechêtnie cz³owiek i podniós³ d³oñ na po¿egnanie, po czym szybko siê oddali³.

Zostali sami. Sigurd, Bianka i Lhazil. £owca spogl±da³ w milczeniu na dziewczynê. M³oda, tak, ale ile dziwnych, zupe³nie niem³odych uczuæ da³o siê wyczytaæ z jej oczu. Dla kogo mog³a tak wiele po¶wiêcaæ? Dla kogo nara¿a³a ¿ycie? Dlaczego nie znalaz³a czego¶ spokojniejszego, dlaczego nie zosta³a ¿on± porz±dnego cz³owieka, dlaczego nie siedzi w bezpiecznym domu i nie wychowuje dzieci? Krasnolud patrzy³ na Biankê raczej ponuro. Cz³ecza dziewka nie przypad³a mu zbytnio do gustu.

- Nie ma co tak staæ, czas nam wracaæ. Porozmawiamy jutro. Gdzie mieszkasz? - zapyta³ Sigurd dziewczynê.

- Nigdzie. - wzruszy³a ramionami. - Przyzwyczai³am siê ju¿, ¿e nie mam domu.

- Znaczy, zamierzasz nocowaæ na ulicy? Na ciemnej i ponurej ulicy w Eiseck? - zdumia³ siê ³owca.

- Eiseck, Helmgart, Nuln… co za ró¿nica, ³owco? - jej obojêtne spojrzenie wrêcz parzy³o jego oczy.

- Tak byæ nie mo¿e. - pokrêci³ g³ow± Sigurd. - To niebezpieczne. S³uchaj, mo¿esz i¶æ z nami. Znajdziemy ci jaki¶ pokój - gospoda chyba przepe³niona nie jest, nie to miasto.

By³ pewien, ¿e za chwilê odpowie: "Obejdzie siê", albo niechêtnie potrz±¶nie g³ow±. Tymczasem podnios³a na niego oczy i wtedy dostrzeg³ w nich ulgê. A wiêc ba³a siê tego, pomy¶la³ ³owca. Dobrze; na pewno znajdzie siê jakie¶ wolne ³ó¿ko dla tej dziwnej, tajemniczej kobiety.

Kobieta. Jak dawno Sigurd nie mia³ z ¿adn± do czynienia! Siêgn±³ pamiêci± w przesz³o¶æ, do czasów, kiedy mieszka³ wraz z rodzicami w Norsce. Oczywi¶cie, dostrzega³ piêkne dziewczyny wokó³. Czy Ingrid Ulfsdottir jeszcze ¿yje? Mo¿e tak, mo¿e nie. Stare dzieje. I tak to ju¿ nieistotne - mia³ siedemna¶cie lat, kiedy opu¶ci³ dom rodzinny. Teraz jest ju¿ dojrza³ym mê¿czyzn±. Nawet wspomnienie o Ingrid wyblak³o. £owca czêsto siê zastanawia³, czy nale¿a³o do tego samego cz³owieka, którym jest teraz.

Bianka. Spojrza³ na ni±, jak w milczeniu sz³a obok, spogl±daj±c ponuro w dal. Ciemne w³osy, b³yszcz±ce oczy. I te dziwne emocje, których nie móg³ odczytaæ z jej oczu. Kim w ogóle jest? Dlaczego tu jest? Dlaczego tak bezpiecznie czu³ siê przy niej, choæ nie powinien, choæ przecie¿ nikomu nie powinien ufaæ w tym przeklêtym mie¶cie? Dlaczego mimo tego ca³ego ch³odu wydawa³a mu siê ca³kiem inna? G³upota, pomy¶la³ Sigurd, g³upota i tyle. Te¿ nie mam czym zaj±æ my¶li, doprawdy…

Poczu³ u¶cisk w gardle. Dziwne uczucie sk³êbi³o siê w nim, zdawa³o siê wype³niaæ ka¿d± czê¶æ cia³a ³owcy. Nawet opuszki palców dziwnie pulsowa³y. Niech to, Chaos jest blisko. Te dziwne emocje, które sam równie¿ odczuwa³, wszystko to sprawka magii Chaosu. Z pewno¶ci±, bo có¿ innego? Lhazil to Lhazil, krasnoludy s± odporne. On siê jeszcze jako¶ trzyma. To ludzie najczê¶ciej miotaj± siê w sobie, stwierdzi³ ³owca. To ludzie s± podatni na Chaos. To ludzie ulegaj± jego magii. I to, co teraz czuje, musi byæ z jego winy.

Kiedy z daleka ujrzeli ¶wiat³a, Bianka chwyci³a jego d³oñ. Jej rêce by³y bardzo zimne i dr¿a³y.

Przyja¼ñ jest niedorzeczna, pomy¶la³ ³owca czarownic.


Wszystko sta³o siê tak szybko, ¿e ani Sigurd, ani Bianka nie zd±¿yli zaprotestowaæ. £owca le¿a³ teraz na pod³odze i próbowa³ sobie przypomnieæ, jak do tego dosz³o. Ten przeklêty w³a¶ciciel, Heinrich Sonnenschein… t³um ludzi, ¶ci¶niêtych w ka¿dej izbie… zak³opotane spojrzenie… t³umaczenia… "sam siê dziwiê, panie, nigdy tak siê nie zdarza³o, pewnikiem to jacy¶ banici…" i wreszcie to, co pierwszy odwa¿y³ siê powiedzieæ Lhazil: "Có¿, cz³owieczku, chyba tej nocy bêdziesz dzieli³ pokój z cz³ecz± dziewk±, nie inaczej.".

Sigurdowi ani razu podczas dwudziestu lat walki z Chaosem nie zdarzy³o siê znale¼æ w takiej sytuacji. W ogóle rzadko mia³ do czynienia z kobietami. Tam, gdzie bywa³, nie by³o ich prawie wcale. Ledwie pamiêta³ Liranoel i Alderinê. Zreszt±, elfki to co innego.

A teraz czu³ siê bardzo dziwnie. Oczywi¶cie, ³ó¿ko odst±pi³ dziewczynie, a sam po³o¿y³ siê na pod³odze. Znacz±cy u¶miech Lhazila, który krasnolud pos³a³ mu przed drzwiami, nakazywa³ to zrobiæ. Czu³ jaki¶ niesmak, co¶, czego nie umia³ bli¿ej okre¶liæ. Znowu przypomnia³a mu siê Ingrid. Fascynacja kobiet±, fascynacja jej odmienno¶ci±. Kobieta. Bianka. Nie, nie, nie. Chaos jak zwykle wszystko skomplikowa³. Wszystko jest nie tak; kto to widzia³, jaki ³owca czarownic le¿y na pod³odze i nie mo¿e zebraæ my¶li? Niech to, pomy¶la³, wszystko jest inne, wszystko siê skomplikowa³o…

- Ci±gle nie rozumiem, czemu le¿ysz na pod³odze, ³owco. - kpi±cy u¶miech wyp³yn±³ na twarz Bianki.

- Poniewa¿ jestem d¿entelmenem. - mrukn±³ Sigurd.

- Zatem wiedz, ¿e niejeden d¿entelmen wola³by teraz le¿eæ ko³o mnie. - odrzek³a.

- Nie ja do takich nie nale¿ê. - odpowiedzia³ zdecydowanie.

- Bo co? Boisz siê mnie? Boisz siê, ¿e niczym jedna ze s³u¿ebnic Slaanesha uwiodê ciê i zboczysz z drogi praworz±dno¶ci? - za¶mia³a siê.

Sigurd wsta³. Nie mia³ ochoty d³u¿ej tego wys³uchiwaæ.

- Id¼ spaæ i daj mi spokój! - powiedzia³ stanowczo. Po³o¿y³ siê z powrotem. Po czym doda³ cicho: - Zastanawiam siê nie po raz pierwszy, czy ty jednak nie masz nic wspólnego z Chaosem. Mówisz tak, jakby¶ siê z nim bawi³a.

- Musia³am siê tego nauczyæ przy moim przyjacielu. - wzruszy³a ramionami. - On wystawia³ siê na jeszcze wiêksze niebezpieczeñstwo, ni¿ jakikolwiek ³owca czarownic!

- Doprawdy? Sk±d wiesz cokolwiek o ¿yciu ³owcy czarownic? - zapyta³ Sigurd, posy³aj±c drwi±cy u¶miech w stronê ³ó¿ka.

- Ale i ty nie wiesz nic o ¿yciu Zabójcy Trolli! - zawo³a³a niemal triumfalnie. Przez chwilê rzeczywi¶cie widzia³ triumf na jej twarzy, potem jednak opu¶ci³a g³owê.

- Zabójca Trolli? - zapyta³, chc±c siê upewniæ, ¿e dziewczyna nie ¿artuje. - Twoim przyjacielem jest Zabójca Trolli? Dlaczego nie powiedzia³a¶ wcze¶niej?

- Bo ten stukniêty krasnal móg³by siê czepiaæ, ¿e chcê uratowaæ Zabójcê przed przeznaczeniem. Ty te¿ pewnie nigdy nie zrozumiesz, ale chocia¿ dasz mi spokój.

- Faktycznie, nigdy nie zrozumiem. M³oda dziewczyna, która… w ogóle, jak dosz³o do tej przyja¼ni? Jak to mo¿liwe, ¿e ty i…

- To ciê nie powinno obchodziæ, ³owco. - odpowiedzia³a z min±, której nie móg³ rozszyfrowaæ. - Nic a nic. ¯a³ujê, ¿e w ogóle zaczê³am tê rozmowê. Krasnolud nie ma rozumu, ty nie masz uczuæ - ¿aden z was mnie nie mo¿e mnie zrozumieæ. Masz racjê, powinnam i¶æ spaæ.

- Ale… - dziewczyna odwróci³a siê ty³em i nie odezwa³a siê wiêcej.

No proszê, pomy¶la³ ³owca, a jednak nie ma koñca zdumienie, w jakie mo¿e wprawiæ natura ludzka. Pewnie dlatego cz³owiek tak lgnie do Chaosu.

Zamkn±³ oczy dopiero przed ¶witem.


Nastêpnego dnia z samego rana udali siê ze Stanis³awem do miejsca, w którym - wed³ug niego - przebywali w tej chwili ludzie von Hartbada. Bianka prawie siê nie odzywa³a. By³a nieuprzejma dla ca³ego otoczenia, ale najwiêcej w³a¶nie dla zwiadowcy, który usi³owa³ nawi±zaæ z ni± przyjacielsk± rozmowê. Na drugim miejscu by³ Sigurd. Spogl±da³a tylko na niego przestraszona, ale nie mówi³a nic.

Có¿, rozmowna czy nie, i tak sprawia³a do¶æ k³opotu ³owcy. Sigurd nie powiedzia³ Lhazilowi o ich wczorajszej rozmowie, ale czu³, ¿e powinien. Powinien spróbowaæ dowiedzieæ siê wiêcej. Powinien z ni± porozmawiaæ. Powinien mieæ jeszcze wiêcej czasu.

Na Sigmara, dlaczego mnie to w ogóle obchodzi, zastanawia³ siê ³owca, co mnie tak ciekawi? Dlaczego tak dziwnie czujê siê w jej obecno¶ci - co w ogóle siê dzieje w tym przeklêtym mie¶cie, w którym Chaos wdziera siê do ludzkich umys³ów i miesza w nich wszystko? To trwa³o ca³± noc, ca³a lawina niespokojnych my¶li. Niejeden by oszala³! Raz jest dobrze, raz nie jest, raz jest spokojny i opanowany, jak zawsze, innym razem miota siê z k±ta w k±t. A krasnolud ci±gle na to patrzy i my¶li sobie bogowie wiedz± co.

Lhazil istotnie by³ zaniepokojony. Jak na jego gust, wszystko tu by³o podejrzane. Cz³ecza dziewka zachowywa³a siê dziwnie, ³owca przez ni± do reszty zbzikowa³, a Stanis³aw by³ ca³kiem inny, ni¿ kiedy krasnolud go pozna³. Mo¿e trzeba by³o, ¿eby dziewka spa³a tej nocy gdzie indziej, na przyk³ad pod ³ó¿kiem Lhazila. Tylko niechby spróbowa³a liczyæ na to, ¿e odda jej ³ó¿ko, a sam przeniesie siê na pod³ogê! O nie, ¿adna ludzka baba nie bêdzie rozkazywaæ Lhazilowi Stumpfzahnowi!

Zwiadowca zatrzyma³ siê gwa³townie.

- Patrz, panie ³owco. - wskaza³ palcem na podniszczony budynek, stoj±cy nieco dalej od ulicy, ni¿ pozosta³e. - Patrz na okno piwniczne. I tam, dalej. Tam, gdzie ta szczelina. Widzisz?

- Wydaje mi siê, ¿e wiem… - mrukn±³ Sigurd, zajêty w my¶lach czym¶ ca³kiem innym.

- W takim razie dzisiejszej nocy atakujemy, czy¿ nie? - zapyta³ Stanis³aw.

- Nie. - rzek³ stanowczo.

Sigurdzie Salinssonie, nakaza³ sobie, przestañ w tej chwili! Czy kiedykolwiek zboczy³e¶ z obranej drogi, zmienia³e¶ plany? Zachowujesz siê jak rozkapryszone dziecko. Lada dzieñ przybêdzie hrabia, nie bêdzie ju¿ ³atwo wyrwaæ Chaosu, zakorzenionego w tym domu. W tej chwili odwo³aj te s³owa, mówi³ ³owcy jego rozum. Ale co¶ go powstrzymywa³o. Jeszcze jedna noc, jedna noc, powtarza³ sobie, patrz±c na Biankê. Jedna rozmowa, tylko jedna, ostatnia, i niech siê dzieje, co chce. Jedna rozmowa.

Stanis³aw i Lhazil spojrzeli na niego ze zdumieniem. Bianka spu¶ci³a g³owê.

- Je¶li wolno mi siê wtr±ciæ, cz³owieczku… - zacz±³ do¶æ ³agodnie krasnolud, ale Stanis³aw mu przerwa³.

- Co znaczy nie, do stu tysiêcy goblinów?! - zawo³a³ z gniewem zwiadowca. - Có¿ to ma znaczyæ, odk³adasz to ju¿ drugi raz! Dlaczego? Mo¿e w ogóle lepiej z tego zrezygnowaæ, co? Skoro sam Sigurd Salinsson boi siê walczyæ z Chaosem?!

- Milcz! - warknê³a Bianka. Mê¿czy¼ni ze zdziwieniem spojrzeli na ni±. - Gdzie byliby¶cie teraz, gdyby nie on? Gdyby nie istnieli ci, którzy po¶wiêcaj± ¿ycie walce z Chaosem? Kim by¶cie byli? Jak straszna ¶mieræ mog³aby was spotkaæ? Kto tu jest dowódc±, kto komu s³u¿y? Zamknij siê, Stanis³awie, bo jak wczoraj przekona³e¶ siê, ¿e umiem pluæ, tak dzi¶ przekonasz siê, ¿e i biæ siê umiem!

Stanis³aw zamilk³. Opanowa³ gniew, który czerwon± plam± pokry³ ca³± jego twarz. Zacisn±³ d³onie w piê¶ci. Po czym roze¶mia³ siê gwa³townie.

- G³upi! - zawo³a³ ze sztuczn± weso³o¶ci±. - G³upi by³em! Pokornie proszê o wybaczenie, panie, bowiem powiniene¶ zrozumieæ, ¿e ju¿ od d³u¿szego czasu chcê ich dorwaæ i wci±¿ nie mogê! Rozumiem, ¿e potrzebujesz jeszcze przemy¶leæ dok³adniej ka¿dy ruch. Wszak niezawodny z ciebie ³owca… Wybacz mi, a ja z moich ust nie padnie ju¿ ani jedno z³e s³owo.

- Ciê¿ko sprzeciwiæ siê, gdy kto¶ tak szczerze prosi. - rzek³ z przek±sem Lhazil. Nie podoba³ mu siê ten wybuch dawnego towarzysza. By³ mocno zaniepokojony.

- Tak… - ³owca znowu pogr±¿y³ siê w rozmy¶laniach. - Oczywi¶cie, rozumiem, zdarza siê…

- Jutro wieczór bêdê czeka³! - zapewni³ ¿arliwie Stanis³aw i u¶miechn±³ siê przyja¼nie do Bianki. Dziewczyna nie odwzajemni³a u¶miechu. Odszed³ wiêc w swoj± stronê, wo³aj±c jeszcze z daleka, ¿e bêdzie punktualnie.

- Sigurd, nie rozumiem ciê i nie poznajê. - westchn±³ Lhazil. - Cz³ecza dziewka te¿ nie rozumie. - doda³, spogl±daj±c na Biankê. - Nie jeste¶ sob±! Dziwnie siê zachowujesz. Oszaleæ mo¿na w tym mie¶cie. Obojêtno¶æ jest zimna jak lód, powiadaj±. Ja powiedzia³bym, ¿e ty p³oniesz obojêtno¶ci±. O, nie przeczê, cz³owieczku, ¿e rejestrujesz, co siê dzieje; ale nie jeste¶ ju¿ podejrzliwy i nieufny, nie wnikasz w to, co kto chce zrobiæ, nie patrzysz na intencje…

- Co chcesz zrobiæ? - powtórzy³ jak echo Sigurd.

- Napiæ siê piwa. Ale za twoje pieni±dze. - odrzek³ krasnolud, patrz±c na niego wnikliwie.

- Zgoda. - mrukn±³ ³owca. - Du¿o piwa dla nas wszystkich. Ca³y dzieñ, od rana do wieczora, piwo i piwo. Du¿o piwa, najlepszego w Eiseck. Zgoda. Chod¼my.

- Chory jest. - pokiwa³ g³ow± Lhazil, szczerz±c swe spi³owane zêby w u¶miechu do Bianki. W duchu jednak westchn±³ ciê¿ko. Z cz³owieczkiem by³o co¶ nie tak.

Dziewczyna spogl±da³a na Sigurda dziwnym wzrokiem.


W rzeczywisto¶ci tylko krasnolud pi³. Bianka i Sigurd siedzieli obok niego, wys³uchuj±c opowie¶ci o tym, jak w Wolfsburgu hrabia Arthur wygra³ zak³ad i nakaza³ spi³owaæ przegranemu zêby. Nie patrzyli na siebie prawie wcale; tylko od czasu do czasu ³owca chwyta³ jej zagubione spojrzenie. Nie dociera³y do niego s³owa Lhazila; prawdê mówi±c, nie patrzy³ ju¿ na nic wokó³. Równie dobrze obok móg³by przej¶æ demon Tzeentcha, a Sigurd omiót³by go ledwie jednym spojrzeniem. Nie rozumia³, co siê z nim dzieje. Jak przez mg³ê pamiêta³ swe rozmy¶lania z poprzedniego wieczoru i ¶wita³o mu w my¶lach, ¿e podejrzewa³ o to Chaos. Oczywi¶cie, Chaos i jego magia, najpotê¿niejsza i najstraszliwsza. Wszystko to mog³o z³amaæ nawet ³owcê czarownic. Dlaczego jednak teraz siê tym nie przejmowa³? By³ ca³kiem obojêtny. Na wszystko. Dzieñ mija³ mu jak we ¶nie. Jego cia³o by³o lekkie i zimne, kiedy splata³ palce, by upewniæ siê, ¿e jeszcze tam s±. Nie zauwa¿y³, jak nadszed³ wieczór. Nie zauwa¿y³, jak nadesz³a noc.

Nie zauwa¿y³, jak znowu le¿a³ na pod³odze. Nie zauwa¿y³ niczego, poza Biank±, patrz±c± ponuro w sufit. Nie móg³ siê odezwaæ. Przeklêty Chaos, nie móg³ siê odezwaæ. B³aga³ wszystkich bogów, by to ona powiedzia³a co¶ pierwsza. Choæby jedno s³owo. Jedno s³owo.

- By³e¶ dzi¶ inny, ni¿ wczoraj. - rzek³a nagle. Serce ³owcy gwa³townie zabi³o. - Nie znam ciê, ale Lhazil twierdzi, ¿e nie jeste¶ sob±.

- Nie jestem… - powtórzy³ jak echo Sigurd.

Tylko tyle?! Tylko tyle, kiedy czeka³e¶ na tê rozmowê ca³y dzieñ?! Wymy¶l co¶, szybciej, Sigurd, powtarza³ sobie w my¶lach w³asne imiê, które zda³o mu siê dziwnie obce.

- On te¿ siê zmieni³, ale nie zna³am go wcze¶niej. Mój przyjaciel, znaczy.

- Opowiedz mi o nim. - poprosi³ zd³awionym g³osem ³owca.

- Nie ma o czym. Nigdy tego nie zrozumiesz. Uratowa³ mi ¿ycie.

- Kochasz go? - s³owa wymknê³y mu siê z ust, zanim zd±¿y³ siê powstrzymaæ.

Idiota! Po co pytasz o takie rzeczy? Sk±d ci to przysz³o w ogóle do g³owy? Dureñ!

- On jest Zabójc±. - wzruszy³a ramionami.

- Kochasz?

- I krasnoludem.

- Kochasz. - rzek³ z wysi³kiem. Usiad³a i spojrza³a na niego.

- Wszystko jedno. Zbyt ciekawski jeste¶, ³owco! Od samego pocz±tku. Nie posz³abym za wami, gdyby nie twój miecz. On, nim zosta³ Zabójc±, wyrabia³ takie miecze. Wlewa³ w metal sw± duszê. My¶la³am, ¿e…

- A… jego… imiê…? - Sigurdowi zabrak³o tchu; czu³ wyra¼nie mrowienie pod skór±, nie móg³ ju¿ d³u¿ej wytrzymaæ. - A zreszt±, czy nie wiem? Vakkri Thingrimsson? Niez³omny, dzielny, silny, pe³en dumy, a jednocze¶nie rozumny i serdeczny dla tych, którzy na to zas³ugiwali?

- Vakkri… - szepnê³a. Po czym siê roze¶mia³a. - Wiesz, to takie nielogiczne i niedorzeczne. Ca³kiem siê nie dziwiê, ¿e go znasz. Chyba wiedzia³am to od pocz±tku. Ludzie strasznie graj±, co? Wszystko to pozory. G³upie to. G³upi jeste¶, Sigurd. Ka¿dy, kto na ciebie spojrzy, wie, co my¶lisz i czujesz. A ja nie mogê siê sprzeciwiæ niczemu.

- Ja nie jestem g³upi. Ja w ogóle nie my¶lê, wiesz? Spróbowa³bym siê sprzeciwiæ!

Wsta³. Oto, pomy¶la³ gdzie¶ w g³êbi duszy, oto do czego doprowadzi³o dwadzie¶cia lat noszenia Vakkrondha. Oto, do czego doprowadzi³ Vakkri Thingrimsson, oto, co siê sta³o. Wszystko by³o tylko snem. Nic niewarte z³udzenie! Ca³a walka z Chaosem tylko po to, by znale¼æ siê tu i teraz. Podszed³ do ³ó¿ka. Ach, tak, okazuje siê w koñcu, ¿e nic mu nie pomo¿e, ¿e jest s³aby, jest tylko cz³owiekiem.

"Nie pytajcie mnie o cz³owieczeñstwo…".

Uj±³ jej d³oñ i przycisn±³ do ust. By³a ciep³a. Oczy dziewczyny patrzy³y na niego pó³przytomnie w¶ród ciemno¶ci nocy. Dwadzie¶cia lat walki z Chaosem… i ta jedna chwila. Usiad³.

Przyci±gnê³a go do siebie gwa³townie, nie daj±c mu nawet z³apaæ tchu. Sigurd odpêdza³ w¶ciekle ka¿d± my¶l. Nie teraz, nie teraz, nie teraz. Poczu³ pod palcami ciep³e cia³o dziewczyny. Nie teraz, nie chcê wiedzieæ, co bêdzie dalej, my¶la³. Dreszcz wstrz±sn±³ nim, gdy zrozumia³, ¿e przestaje byæ Sigurdem Salinssonem. Ulega s³abo¶ci, ulega w sposób straszliwy w swych konsekwencjach. Zamkn±³ oczy. Nie musia³ patrzeæ; wiedzia³, jak piêkna jest i jak s³aby jest on sam. Niewiarygodne, on ma ci±gle cia³o, prawdziwe cia³o, które ma swoje pragnienia.

Nie my¶la³ o niczym, kiedy jej uda objê³y go mocno. Wszystko to ju¿ siê dzieje i nic siê odstaæ nie mo¿e, nie chcia³by wcale, ¿eby siê odsta³o, o nie. Warto by³o nosiæ dwadzie¶cia lat Vakkrondha, by spotkaæ dziêki niemu Biankê Waldhoffer. Zmiana, zmiana, zmiana. To nie Tzeentch ani ¿aden inny z Mrocznych Bogów go gubi. Sam siê gubi, on sam…

Zrozumia³, ¿e ju¿ po wszystkim. Sta³o siê. Spojrza³ w oczy Bianki i zadr¿a³. Co¶ wróci³o. Znowu by³ ³owc± czarownic. Umia³ czytaæ z oczu. A Bianki by³y pe³ne Vakkriego.

Opad³ bezw³adnie tu¿ ko³o niej i stoczy³ siê na pod³ogê. Chcia³ straciæ przytomno¶æ, nie byæ, nie pamiêtaæ. Minê³a chwila, wróci³ Sigurd Salinsson ze swoimi zasadami, swoim rozumem i swoj± dum±. Wróci³, ale wszystko siê zmieni³o.

Zaczynam od nowa, pomy¶la³ z bólem i zamkn±³ oczy. Ka¿dy oddech piek³ mu gard³o.


Kolejny dzieñ up³yn±³ ³owcy na zadawaniu samemu sobie pytañ bez odpowiedzi. Bianka nie odzywa³a siê. Przyja¼niej rozmawia³a ju¿ z Lhazilem. £owca bole¶nie odczuwa³ jej obojêtno¶æ, a jednocze¶nie jakby po trosze cieszy³ siê z niej. Przede wszystkim, powróci³ jego rozs±dek, wiedzia³ znowu, kim jest. Widzia³, jak daleko zaszed³ i jak bardzo za¶lepi³o go uczucie. Wróci³o jego zimne opanowanie, ale namiêtno¶æ poprzedniej nocy wcale nie posz³a w zapomnienie. Czu³, jakby ¿y³o w nim teraz dwóch ludzi, jeden ch³odny i opanowany, dawny Sigurd Salinsson, a drugi czu³y i wra¿liwy na wszystko wokó³, podatny na emocje. ¯a³owa³ z ca³ego serca, ¿e wszystko tak siê skoñczy³o. Wtedy, z Ingrid Ulfsdottir na mokrej trawie… wszystko wygl±da³o inaczej, nie tak potwornie, jak teraz.

Sigmarze, pomy¶la³ Sigurd, patrz±c na Biankê, dlaczego musia³em to zrobiæ? Dlaczego teraz nie umiem siê opanowaæ? Dlaczego mimo ¿alu wiem, ¿e drugi raz zrobi³bym to samo? Dlaczego po rozkoszy przyszed³ tak wielki ból? Sigmarze, modli³ siê ³owca, ocal mnie lub potêp na zawsze, ale niech¿e przestanê byæ tak rozdarty.

Misja ³owcy czarownic by³a zasadniczo do¿ywotnia. Podobnie jak Zabójca Trolli, ³owca nie móg³ zmieniæ swego losu. Zreszt± wcale nie chcia³. Walka, ci±g³e tropienie Chaosu i jego s³ug, to by³o jego ¿yciem - nie chcia³ tego traciæ, nie po dwudziestu latach tak wspania³ych sukcesów. Nie po to zreszt± otrzyma³ miecz od Vakkriego… ach, ale czy i nie przez ten miecz by³ teraz zgubiony?

Pomy¶la³ o Biance. O ciep³ych ustach, o delikatnym ciele, o jej g³osie, jej oczach. Widzia³, co siê z ni± dzieje, wiedzia³, ¿e dla niej jest to co¶ zupe³nie innego. Nie powinien by³ siê jej poddaæ. Nie powinien w ogóle jej pozwoliæ - ba, wrêcz kazaæ! - przystaæ do nich. Nie powinien w ogóle godziæ siê na wspólny pokój, na jej spojrzenia…

Ale to siê sta³o. Teraz nic nie da siê ju¿ zrobiæ. Bo co? Porzuci misjê i… o¿eni siê? Wiedzia³, ¿e nie mo¿e. A jednak, porzuci Biankê, zapomni o niej i rzuci siê w wir walki, jakby nigdy nic? Te¿ nie mo¿e. Przeklête miejsce, w którym spotka³o go tak silne i niszcz±ce uczucie! Przeklêta ka¿da chwila, w której my¶la³ o tej kobiecie!

Lhazil rozmawia³ du¿o z Biank±. Stara³ siê j± odci±gn±æ od ³owcy, to jasne. Przetrzymali jako¶ do wieczora. Udali siê na miejsce w milczeniu. Nawet krasnoludowi nie chcia³o siê nic mówiæ. Stanis³aw czeka³. By³ spokojny i lekko u¶miechn±³ siê na widok dziewczyny. Bianka zignorowa³a go jednak ca³kowicie.

- Có¿, jednak dzisiaj rwiecie siê do walki? - roze¶mia³ siê. - Dobrze. Dobrze, ¿e¶my poczekali, mam nowe wie¶ci. Znam wej¶cie, którego nikt nie strze¿e. Bêdziemy mogli tam bez trudu wej¶æ i zrobiæ porz±dek. Kto¶ siê wycofuje?

Odpowiedzia³o mu tylko milczenie.

Poszli wszyscy za zwiadowc±. Trzeba mu by³o przyznaæ, zna³ siê na rzeczy. Ma³o kto odkry³by to niestrze¿one wej¶cie, a jemu, jak widaæ, przysz³o to z ³atwo¶ci±.

Zag³êbili siê w ciemno¶ciach. Szli tak z d³u¿sz± chwilê, ciê¿ko oddychaj±c. Tylko Lhazil widzia³ jeszcze cokolwiek, ale nie odzywa³ siê. Kroki odbija³y siê echem w korytarzu. Stanis³aw otworzy³ jakie¶ drzwi. Oczom wszystkich ukaza³o siê o¶lepiaj±ce ¶wiat³o. By³o tak jasne, ¿e wszyscy przymknêli oczy, sycz±c z bólu. Dopiero, gdy drzwi za nimi siê zamknê³y, ocknêli siê, zdezorientowani. Zwiadowca znikn±³.

Otacza³y ich lustra. Z ka¿dej strony, wszêdzie. Odbija³y jaskrawe ¶wiat³o, o¶lepia³y. Pokój pe³en luster. Tysi±ce odbiæ z ka¿dej strony. Lecz szybko przestali dostrzegaæ w nich siebie. Ich obraz zamazywa³ siê i pojawi³ siê inny. Bianka zadr¿a³a.

W lustrze naprzeciwko pojawi³ siê szczup³y m³ody mê¿czyzna, u¶miechaj±c siê szyderczo. Obok niego za¶ sta³ Stanis³aw.

- Von Hartbad! - rzek³ ze zgroz± Lhazil. £owca pokiwa³ g³ow±, jakby ta informacja nie by³a dla niego niczym nowym.

- Zgadza siê, krasnoludzie, dobr± masz pamiêæ. Hrabia von Hartbad. - za¶mia³ siê hrabia. - Zapewne widzisz mnie ostatni raz, ale có¿… niewa¿ne. Jak widzicie, by³em przygotowany na wszystko.

- Zdrajca! - sykn±³ krasnolud w stronê Stanis³awa.

- Spostrzegawczy, nie ma co - ¶miech hrabiego by³ upiorny. - No dobrze, ale na odkrycia masz ju¿ niewiele czasu. Za kilka chwil pozbêdziemy siê was na zawsze. Za¶ dziewczynê…

- Mo¿e byæ moja, hrabio? - wyrwa³ siê Stanis³aw. Sigurd rzuci³ siê do lustra, ale magia go powstrzyma³a. W tym momencie palce von Hartbada spoczê³y na g³owie zdrajcy i zwiadowca jêkn±³ z bólu.

- My¶lisz, ¿e odda³bym j± tobie?! ¦mieszny jeste¶. Zapamiêtaj, jeste¶ moim s³ug±, nie przyjacielem, nawet ni¿ej ni¿ s³ug±, jeste¶ s³ug± s³ugi, s³ug± Karnova! Tak wiêc po¿egnajcie siê ze swoj± przyjació³k±. - rzuci³ w stronê przybyszów. - Bowiem ju¿ jej nie ujrzycie. Stanis³awie, wyje¿d¿amy zaraz do Hartbad. Przygotuj siê. A wy - zwróci³ siê do nich ponownie - ¿egnajcie. By³o mi³o, panie Salinsson. Szkoda pewnie panu piwa w Talabheim? Có¿, ja zakosztujê i piwa, i dziewczyny.

Obraz znowu siê rozmy³ i teraz Sigurd, Lhazil i Bianka widzieli ju¿ tylko swoje przera¿one twarze. Dziewczyna dr¿a³a. Krasnolud spogl±da³ ponuro przed siebie; kto marzy o takiej ¶mierci? Sigurd za¶ przeklina³ po stokroæ siebie samego. Jego wina, tylko jego...

- Przepraszam. - szepnê³a Bianka.

- Przepraszasz, powiadasz. - jêkn±³ bole¶nie Sigurd. - A za có¿ to?

- Za wszystko! - wybuch³a gwa³townie, a w jej oczach pojawi³y siê ³zy. - Za wszystko! Za ka¿d± chwilê, w której wzrasta³o twoje uczucie! Za to, ¿e kochaj±c siê z tob±, my¶la³am ca³y czas tylko o Vakkrim! Za to, ¿e zniszczy³am w tobie co¶ bardzo wa¿nego! Przepraszam, ¿e pozwoli³am ci… siê… pokochaæ… - urwa³a. - Wybacz mi.

- Ja… - rzek³ Sigurd, wyci±gaj±c do niej d³oñ. - Ja…

W tym momencie klapa pod jego i Lhazila nogami otworzy³a siê, a potê¿na si³a ¶ci±gnê³a ich obu w dó³. Ostatni± rzecz±, jak± ³owca pamiêta³, by³o spojrzenie dziewczyny. Ostatni± przed ¶mierci±, która czeka³a ich na samym dole potwornej jamy.


A jednak ci±gle czu³. Czu³ potworny ból czaszki i wracaj±c± do niej ¶wiadomo¶æ. Czu³ te¿ zimno i wilgoæ. Czu³ zapach spoconych i brudnych cia³, czu³ to zbyt dok³adnie. Nie rozumia³ jeszcze, gdzie siê znajduje, kiedy us³ysza³ g³os.

- Z Lhazilem jest lepiej. Po³ó¿cie cz³eczynê, ¿ebym móg³ go zobaczyæ.

Odwrócili go na wznak. Mrugn±³ powiekami. Zobaczy³ na chwilê czarn± brodê, ³askocz±c± go w szyjê.

- Wy¿yje, mocny ³eb. Nic nadzwyczajnego. Rudzielec, pewno z Norski. Buty jak buty. O, niech mnie… czekaj, on ma… on jest ³owc± czarownic.

- To nie¼le siê wpakowa³. - stwierdzi³ inny g³os, który wyda³ siê Sigurdowi znajomy. - A miecz?

- Zaraz sprawdzê… Ej, ej, czekaj, to mi wygl±da ewidentnie na robotê Irta, albo twoj±.

- Poka¿ go! - Sigurd us³ysza³ kroki i gwa³towny wdech, gdy rozmówca czarnobrodego znalaz³ siê obok niego. - Niech mnie Grimnir m³otem walnie, przecie to Sigurd Salinsson! No, to ju¿ nie zginiemy! Sigurd! Sigurd! Bud¼ siê, cz³owieczku, wstawaj! Pora na kolacjê, a Chaos to najlepsza karma dla mego topora!

- Sigurd otworzy³ oczy. My¶la³, ¿e umar³, lub ¶ni. To by³ Vakkri. Vakkri Thingrimsson.

Przyby³o mu blizn, rzecz jasna, mia³ równie¿ tatua¿e i w³osy postawione w grzebieñ, farbowane na pomarañczowo. Ale to by³ Vakkri, ten sam, który dwadzie¶cia lat temu uratowa³ ³owcy ¿ycie. Ten, który da³ mu miecz.

- Vakkri… - szepn±³. - Gdzie jeste¶my?

- W lochach pana von Hartbada, w Eiseck. - wzruszy³ ramionami inny krasnolud. Sigurd podniós³ siê z jêkiem i usi³owa³ ogarn±æ wzrokiem otoczenie. Zauwa¿y³, ¿e znajdowa³o siê tu ich siedmiu, wraz z Lhazilem, z czego czterech by³o Zabójcami. - Nie dziw siê tylko, ¿e zostawili nam broñ. To po to, aby nas pogr±¿yæ w jeszcze wiêkszej rozpaczy, zmusiæ do samobójstwa. Póki ich pan jest tutaj, s± bezpieczni dziêki jego magii, ¿adna broñ ich nie ruszy.

- O… Sigmarze… - jêkn±³. Straszny ból przeszy³ jego cia³o. Ba³ siê, ¿e umrze, nie zd±¿ywszy wyznaæ przyjacielowi prawdy. - Vakkri… ja… Bianka…

- Bianka?! - zawo³a³ Zabójca. - Bianka…?

- By³a z nami… Hrabia j± zabra³… chcia³a ratowaæ… ciebie…

- Niech j±, uparte licho! - warkn±³ Vakkri. - Zawsze taka by³a. Ej¿e, Higrumm, ocuæ no mi cz³eczynê, bo chcê mu co¶ powiedzieæ. S³uchaj, ³owco, to jest dziwna historia. Nie bêdê ci d³ugo o niej opowiada³, nie ma co. Uratowa³em dziewczêciu ¿ycie, a ono posz³o za mn±. Dobra z niej by³a dziewczyna… - westchn±³. - Dobra i przyjazna. Ale wiesz, kim jestem. Zabójca nie ma ³atwego ¿ycia. Zabójca nie szuka ³atwego ¿ycia, tylko chwalebnej ¶mierci. W pewnym momencie zaczê³o to byæ dla Bianki niebezpieczne…wiêc post±pi³em jak tchórz, zostawi³em wiadomo¶æ, ¿e odchodzê, i wyszed³em, gdy spa³a…

- Ona ciê kocha. - rzek³ z bólem Sigurd.

- Niestety. - westchn±³ Vakkri. - Kompletnie niedorzeczne. Tak jest. Có¿, cz³owieczku, tak bywa w ¿yciu. Teraz najgorsze jest to, ¿e siedzimy tutaj i jeste¶my bezsilni.

Po pewnym czasie Sigurd usiad³ na ziemi. Z lekka krêci³o mu siê w g³owie, ale ¿y³. Lhazil rozmawia³ z Higrummem. £owca rozmawia³ z Vakkrim. Patrzy³ ze wzruszeniem w oczy przyjaciela. A jednak zobaczy³ go jeszcze raz, przed jego chwalebn± ¶mierci±. Zobaczy³ tego, który uratowa³ mu ¿ycie.

Rozmawiali jaki¶ czas, przejêci sob± nawzajem. Zarówno jeden, jak i drugi mówi³ niewiele, ale obaj radzi byli ze spotkania. Pozosta³e krasnoludy równie¿ udziela³y siê w rozmowie i Sigurd dowiedzia³ siê o tym, jak tu trafili. ¦cigali kultystów Nurgla, z którymi sprzymierzy³ siê hrabia. Zabójcy Trolli w pu³apce. Fatalny koniec, pomy¶la³ ³owca. Poma³u znowu zacz±³ odczuwaæ swe powo³anie. Widaæ obecno¶æ Vakkriego tak dzia³a³a.

Krasnolud pyta³ o miecz. Miecz! Przeszli przecie¿ z Vakkrondhem tyle, ¿e ³owca nie ¶mia³ go ju¿ nazywaæ mieczem. To by³ dar du¿o wiêkszy, ni¿ sam ofiarodawca siê spodziewa³; to w³a¶nie dziêki niemu sta³o siê to wszystko. Sigurd odetchn±³ z ulg±. Wróci³ do siebie, choæ zmieniony. Niczego ju¿ nie ¿a³owa³. By³ tu. Rozmawia³ z Vakkrim. Przeznaczenie przesta³o z niego szydziæ.

Po³o¿y³ siê na ziemi, s³uchaj±c przyjaciela. Nic innego nie by³o ju¿ wa¿ne.


Nagle us³yszeli co¶ jakby r¿enie koni. Potem ju¿ ca³kiem wyra¼nie ujrzeli przez cienk± szparê miêdzy zabitym blach± okienkiem, a ¶cian±, jak spod domu wyrusza powóz. Vakkri dopêdzi³ do okna pierwszy.

- Von Hartbad odje¿d¿a! - zawo³a³ rado¶nie. - Mamy szansê!

- Mia³ odjechaæ! - Sigurd uderzy³ siê w czo³o. - Sigmarze, zapomnia³em…

- Niewa¿ne, cz³owieczku. Mo¿emy pokonaæ jego s³ugi. Nie maj± ju¿ magicznej mocy! Jeszcze dzisiejszej nocy uwolnimy Biankê!

- Nie. - pokrêci³ g³ow± Lhazil. - Hartbad zabra³ j± ze sob±.

- Vakkri spojrza³ dzikim wzrokiem na przyjaciela, po czym jednym ruchem rozr±ba³ toporem cienk± blachê, zakrywaj±c± okno. Ci±³ dopóty, dopóki nie powsta³a szersza szpara, odkrywaj±ca kraty. Wtedy wyda³ okrzyk bitewny, wzywaj±c wroga do walki. Na górze zakot³owa³o siê. S³ychaæ by³o setki kroków na schodach. Wszystkie krasnoludy by³y gotowe do walki. Topory b³yszcza³y w s³abym ¶wietle ksiê¿yców.

- Biegnij, cz³owieczku, przez dziurê! Kraty s± wystarczaj±co szeroko rozstawione, jak dla ciebie! Biegnij, my damy radê! - zawo³a³. - I je¶li chcesz sp³aciæ d³ug wdziêczno¶ci, oto dajê ci szansê! Uratuj j±, uratuj tê nieszczêsn± duszê. Uratuj, bo, wiem, ¿e nie jest ci obojêtna!

- Przysiêgam…! Vakkri… - wszystko dzia³o siê zbyt szybko. Kroki by³y coraz bli¿ej. Sigurd zosta³ niemal wypchniêty przez krasnoludy za okno.

- My nie mogliby¶my siê tu przecisn±æ, ale ty owszem, cz³eczyno. - rzek³ Higrumm.

- Zostanê z mymi braæmi. - oznajmi³ Lhazil.

- Biegnij! - sykn±³ Thingrimsson do Sigurda. - Uratuj Biankê, nami siê nie martw. Damy radê!

- Ona tobie te¿ nie jest obojêtna.

- Biegnij!

- I dlatego nie mog³e¶ jej powiedzieæ w oczy, ¿e odchodzisz.

- Biegnij!

- Dziêkujê ci, Vakkri. - rzek³ cicho Sigurd i pomkn±³ przez pust±, ciemn± ulicê.

- Zimny wiatr wyciska³ ³zy z jego oczu. Zbyt wiele siê sta³o, zbyt wiele zosta³o powiedziane, napisane, zrobione. I ludzie, i krasnoludy zachowuj± siê niedorzecznie, wbrew sobie, wbrew woli bogów. Mi³o¶æ nie chce s³uchaæ niczyich rozkazów, pomy¶la³ Sigurd. Mi³o¶æ sama wybiera nieszczê¶ników i zabiera ich na zawsze. A jednak Vakkri odszed³.

Czu³, ¿e ta przysiêga, z³o¿ona w po¶piechu Vakkriemu, paradoksalnie go wyzwoli³a. Teraz móg³ pod±¿aæ za hrabi± bez w±tpliwo¶ci co do w³asnych intencji. Nie mia³ sobie nic do zarzucenia - nie dzia³a³ pod wp³ywem g³upiego impulsu. Da³ s³owo przyjacielowi. S³owo, które uczyni³o - lub mog³o uczyniæ go wolnym. I Vakkri, zwi±zany przysiêg± Zabójcy, by³ przecie¿ teraz wolny. Ale Sigurd i tak dobrze wiedzia³ - ¿aden z nich nie chcia³ naprawdê byæ wolnym. Wolno¶æ ludzka nie jest ograniczana tylko Chaosem i jego magi±.

Morrslieb blad³ ju¿, gdy wybieg³ z miasta. Biegnij, biegnij, biegnij, powtarza³ wiatr w uszach Sigurda. I ³owca bieg³. Bieg³ za nieuchwytnym, kapry¶nym szczê¶ciem. Za Chaosem. Za samym sob±, jad±cym gdzie¶ tam w oddali. Bieg³.

Jego ¶miech rozlega³ siê echem po pustej okolicy.

¦mieszna sprawa z t± wolno¶ci±, której nikt nie chce, pomy¶la³.


Po wydarzeniach w Eiseck paradoksalnie poczu³em ulgê. Byæ mo¿e nie powinienem by³, ale poczu³em. W jaki¶ sposób wiedzia³em, ¿e nic gorszego mnie ju¿ spotkaæ nie mo¿e, tote¿ pêdzi³em na spotkanie Z³u. Z³u, które jednak ju¿ w jaki¶ sposób pozna³em i wiedzia³em, czego siê po nim mogê spodziewaæ. Oczywi¶cie, nie do koñca – tak nie dzieje siê nigdy. Zrozumia³em jednak wiele; nie na tyle du¿o, by móc powiedzieæ, ¿e pojmujê Chaos, ale na tyle, by tropiæ go ¶wiadomie. Oto, co zyska³em – ¶wiadomo¶æ. ¦wiadomo¶æ niewoli, ¶wiadomo¶æ misji, ¶wiadomo¶æ cz³owieczeñstwa.

Dobrze mówi³em – bycie ³owc± czarownic to sztuka odpowiadania na pytania. Sztuka radzenia sobie z w±tpliwo¶ciami i wyrzutami sumienia. Oto, co znaczy bycie ³owc± czarownic. Sigmar dobrze o tym wie. Tylko bezmy¶lni fanatycy nie wiedz±, czego On od nich oczekuje. Ja do nich nie nale¿ê. Mam ¶wiadomo¶æ misji. Potrzebowa³em dwudziestu lat, by zrozumieæ rzeczy fundamentalne. Potrzebowa³em wielu ¶miertelnych ofiar, wiele cierpienia. Potrzebowa³em sam zostaæ na chwilê swym wrogiem, by lepiej poznaæ wroga.

Chcia³bym powiedzieæ teraz z czystym sumieniem, ¿e oprócz legendy Sigurda Salinssona jestem jeszcze zwyczajnym cz³owiekiem. Chcia³bym powiedzieæ to i nie odwróciæ zaraz wzroku. Chcia³bym powiedzieæ to g³o¶no i nie zaj±kn±æ siê. Wiem jednak, ¿e nie móg³bym. To, co siê sta³o, zmieni³o mnie na zawsze. Zyska³em ¶wiadomo¶æ, ale straci³em z³udzenie. Z³udzenie, które w pewnym stopniu okre¶la³o mnie. Kiedy odesz³o, zosta³em z niczym. Nie. Nie jestem ani legend±, któr± szepczecie za moimi plecami, ani zwyk³ym cz³owiekiem. Wiem, kim jestem, ale nie chcê siê tym dzieliæ. Niech to pozostanie tylko dla mnie. Niech tylko to jedno… najwa¿niejsze. Niech ta ¶wiadomo¶æ – ¶wiadomo¶æ bytu – niech ona jedna pozostanie na zawsze tylko moja.

Proszê wiêc, nie pytajcie mnie o cz³owieczeñstwo.

- Zastanowi siê pan chwilê, co? To niska cena jak na takiego konia.

- To niska cena jak na jakiegokolwiek konia. - zauwa¿y³ Sigurd Salinsson.

Zwierzê patrzy³o na ³owcê dziwnie. Sigurd dostrzeg³ to od razu. Ró¿ni³o siê od innych koni. Jego spojrzenie by³o inne, malowa³a siê w nim niemal ludzka inteligencja.

I sam rozmówca nie by³ zwyk³y. Ubrany w czarny p³aszcz z kapturem, spogl±da³ ciemnymi oczami, p³on±cymi na bladej twarzy. Sigurd próbowa³ odgadn±æ jego to¿samo¶æ, jednak nie by³ pewien swych domys³ów.

£owca potrzebowa³ konia. W tej chwili liczy³ siê czas. Na piechotê do Hartbad by³o do¶æ daleko, nawet on to przyznawa³, on, który przemierzy³ ca³e Imperium wzd³u¿ i wszerz, który by³ w Bogenhafen i w Kerringen, który walczy³ z Chaosem nawet w Ksiêstwach Granicznych i na granicy Kisleva.

Zastanawia³ siê, kim mo¿e byæ ten dziwny cz³owiek. Jak ka¿dy odmieniec, wzbudzi³ podejrzenia ³owcy, ale Sigurd pomy¶la³, ¿e to nie jest dobra chwila na ¶ledztwo. Zbyt wiele ma do stracenia, zbyt ma³o ma na to czasu.

- Sk±d pan go ma? - zapyta³ nieufnie.

- Orkowie, orkowie. Mój towarzysz zgin±³ od ich strza³y w lesie. - wzruszy³ ramionami obcy. - Na nic mi ju¿ jego koñ, choæ cenne to zwierzê. A ciê¿ko znale¼æ dlañ lepszego w³a¶ciciela, ni¿ ³owca czarownic.

- A kim ty jeste¶? - dopytywa³ siê Sigurd.

- Ciii. - rozejrza³ siê wokó³. - Lepiej, ¿eby ludzie nie s³yszeli. Jestem Wilhelm Schwarzaugen. Kap³an Morra.

Sigurd spojrza³ nieufnie jak zwykle.

- Co robi kap³an Morra w tej okolicy?

- A ³owca czarownic?

£owca pos³a³ mu gro¼ne spojrzenie. Jego szare oczy b³ysnê³y z³owieszczym blaskiem. Na efekt nie musia³ czekaæ, w koñcu wszyscy w Imperium bali siê tego spojrzenia. Wilhelm zblad³ i zadr¿a³.

- Có¿… w koñcu mogê ci powiedzieæ. Pos³ano nas - mnie i Wernera - z Nuln do spokojnej, cichej mie¶ciny zwanej Eiseck, aby zbadaæ…

Sigurd wybuchn±³ niepohamowanym, pozbawionym weso³o¶ci ¶miechem. Nieznajomy spojrza³ na niego gniewnie.

- Wybacz. - wyj±ka³ ³owca. - Ale idê w³a¶nie stamt±d i mogê ciê zapewniæ, ¿e ta mie¶cina nie jest ani cicha, ani spokojna…

- Tote¿ w³a¶nie. - potwierdzi³ Wilhelm, nieco uspokojony. - Mieli¶my zbadaæ przypadek nekromancji w tym mie¶cie. Niejaki hrabia von Hartbad by³ podejrzany o tê zbrodniê. Dlatego pos³ano nas…

- W takim razie, nie masz go co tam szukaæ, kap³anie, wyjecha³ stamt±d parê godzin temu. - wzruszy³ ramionami ³owca. - I ja go ¶cigam. Nekromanta, powiadasz? Ciekawe…

- O, ¿eby tylko nekromanta. Sprawa jest bardziej skomplikowana, jak siê okazuje. Ale przysporzy³e¶ mi zmartwienia, ³owco. Bowiem skoro von Hartbad ju¿ stamt±d wyby³, tak¿e i ja przepad³em. Muszê go odnale¼æ, i to jak najszybciej.

- Có¿, mo¿e móg³bym ci pomóc, gdybym by³ bardziej, hm, ufny… - powiedzia³ ostro¿nie Sigurd. Intuicja nie ostrzega³a go przed tym cz³owiekiem. Nie czu³ aury z³a. - Có¿…

- Prawdziwy Hexenjäger. - mrukn±³ kap³an. - Nie ufa nikomu. Widzia³e¶ kiedy amulet Morra, ³owco?

- Dawno temu.

- Poznajesz? - Sigurd ujrza³ dziwaczny, matowy amulet. - Gdybym by³ s³ug± Ciemno¶ci, ¶wieci³by.

- Wiem. Takich rzeczy siê nie zapomina. - odrzek³ uspokojony ³owca. - Có¿, mamy do pogadania, prawda? Kupujê konia i chod¼my gdzie¶ napiæ siê piwa.

- Dobry pomys³. Ale… - Wilhelm zawaha³ siê. - Czy móg³by¶ zdradziæ swoje imiê, ³owco?

- Sigurd. Sigurd Salinsson.


Po kilku godzinach, sze¶ciu piwach i jednej bójce w gospodzie, Wilhelm i Sigurd znali siê ju¿ du¿o lepiej. Ich rozmowa z ka¿d± chwil± stawa³a siê coraz bardziej przyjazna. Jednocze¶nie z ka¿d± chwil± Sigurd u¶wiadamia³ sobie, w jak paskudniej sytuacji siê znalaz³.

Dopiero teraz wszystko sta³o siê jasne. Hrabia von Hartbad, wyj±tkowo zdolny nekromanta, nie by³ tylko szaleñcem, marz±cym o w³adzy. Tylko sobie znanym sposobem zawar³ sojusz z wyznawcami Nurgla i wykorzysta³ ich kap³anów do stworzenia sobie hordy Nieumar³ych. Do Eiseck sprowadza³a go obecno¶æ najwiêkszego gniazda zarazy na wschodzie Imperium, maj±cego w posiadaniu potê¿ny magiczny Kamieñ Villeheimu, skradziony wcze¶niej ze ¦wi±tyni Morra w Nuln.

- I wiesz. - mówi³ Wilhelm. - Nikt poza Najwy¿szym nie mia³ pojêcia, co siê ¶wiêci, póki nie skradli tego kamienia. Wtedy to nas dopiero poderwali na nogi, zaczê³o siê polowanie na kultystów, a przede wszystkim na hrabiego. I dobrze siê sta³o, ¿em ciê spotka³, bo i lepiej znam wroga, i wiem dok±d jechaæ.

- Pojedziemy wiêc razem. - skin±³ g³ow± Sigurd. - Lecz, je¶li siê nie obawiasz, wola³bym ruszaæ natychmiast. Poza misj± muszê dotrzymaæ danej przyjacielowi przysiêgi, a tu liczy siê czas.

- Nie ma we mnie wiêcej lêku jak w tobie, ³owco. - u¶miechn±³ siê kap³an. - Choæ niewiele wiesz o tym lesie, nie s±dzê, by¶ przestraszy³ siê kilku goblinów.

- I s³usznie. - odrzek³ na to ³owca czarownic.

Wkrótce wstali. Nie by³o sensu d³u¿ej czekaæ. Zmrok zapad³ nad wiosk±. Sigurd u¶wiadomi³ sobie, ¿e nawet nie zna jej nazwy.

Wyszli z gospody, staraj±c siê omin±æ le¿±cego ci±gle w progu cz³owieka, któremu Wilhelm z³ama³ szczêkê, a Sigurd nos. Na zewn±trz by³o do¶æ ch³odno. Nadchodz±ca noc nios³a ze sob± przymrozek. Niebo by³o jednak tak czyste, ¿e Morrslieb, ¶wiec±cy jasn±, z³owieszcz± zieleni±, by³ widoczny doskonale. Mannslieba za to niemal nie by³o widaæ.

Szli do miejsca, w którym pozostawili konie. W ca³kowitym milczeniu wyjechali z wioski w stronê lasu. Nie by³a to przyjemna okolica - zreszt±, trudno by³o o przyjemny las na drodze z Eiseck do Hartbad, kiedy hrabia jest na wolno¶ci. Wiatr wia³ coraz silniej. Sigurd spojrza³ na Wilhelma. Ciekawe, czy on naprawdê siê nie boi, zastanawia³ siê ³owca. Noc zapowiada³a siê paskudnie.

To prawda, Sigurd niewiele wiedzia³ o tym lesie, ale nie od dzi¶ wiedzia³, ¿e lasy otaczaj±ce Eiseck s± wyj±tkowo niebezpieczne. Oprócz orków i goblinów mo¿na tam by³o z ³atwo¶ci± spotkaæ rabusiów z okolicznych wsi. To nie by³o przyjemne, t³umaczyæ ka¿demu, ¿e jest siê ³owc± czarownic, który nie ma czasu na g³upoty. Wiêkszo¶æ z nich rozumia³a dopiero widok martwych kompanów.

- My¶lisz, ¿e zwyk³y nekromanta mo¿e posi±¶æ wielk± moc, je¶li tylko zdobêdzie ten kamieñ? – odezwa³ siê, chocia¿ tak naprawdê nie chcia³ tego wiedzieæ.

- My¶lê, ¿e ka¿dy mo¿e. – odrzek³ ponuro kap³an. – To jest niezwyk³y kamieñ. A z tego, co wiem, von Hartbad te¿ nie jest zwyczajny. W koñcu musi mieæ niesamowicie przewiduj±cy umys³, wielk± zdolno¶æ planowania i…

- Nie koñcz lepiej, bo siê przestraszysz. – mrukn±³ ³owca.

- Nie. Ja jestem inny. Nie bojê siê. ¦mieræ nie zakoñczy mojej misji. W koñcu im bli¿ej Morra, tym lepiej, prawda? – u¶miechn±³ siê lekko. – A poza tym hrabi± nikt jeszcze dzieci nie straszy. Znasz siê na nekromantach, co? Niejednego musia³e¶ ju¿ pokonaæ. Widzisz sam, wszyscy oni chc± byæ wielcy, ale tak naprawdê by³ tylko jeden, którego nie mogliby¶my pokonaæ…

- Nagash. – rzuci³ Sigurd.

- Przecie¿ wiem. – wzruszy³ ramionami Wilhelm. – Do tego zmierzam. Ale widzisz, kamieñ Villeheimu nie zosta³ stworzony ani przez Nagasha, ani przez inn± mroczn± potêgê. Nie wiadomo na pewno, sk±d siê wzi±³. Uczeni podejrzewaj±, ¿e to Natura go stworzy³a w akcie buntu przeciw ingerencji mrocznych si³. Nie s±dzê, by to by³a prawda. Znam trochê moc Kamienia, nie jest w pe³ni naturalna. Ale nie jest te¿ mroczna.

- Znasz historiê tego kamienia? Czy jego pochodzenie ma co¶ wspólnego z Gottfriedem Villem z Parravon, tym, który…

- W istocie. Znasz siê widaæ nie tylko na Chaosie. – kap³an spojrza³ na niego z podziwem. – Wtedy Kamieñ pierwszy raz objawi³ sw± moc. Ville jako wampir by³ szybki, ale nie do¶æ szybki, by unikn±æ zniszczenia. Wielu lat potrzeba by³o jednak, by artefakt trafi³ w koñcu do nas. W±tpiê jednak, by von Hartbad na¶ladowa³ Wielkiego Nekromantê.

- A jednak chce byæ tak wielki jak Nagash. – stwierdzi³ ³owca. – Albo nawet wiêkszy. Jego magia mo¿e byæ potê¿na.

- ¦miem przypuszczaæ, ¿e mam z nim jednak co najmniej równe szanse. – odpar³ nieco rozdra¿niony Wilhelm. – Za mn± stoi Morr, którego hrabia jest wrogiem.

- Za mn± stoi Sigmar, który pokona³ Nagasha. Nie denerwuj siê, kap³anie. Sam wiesz, ¿e bogowie nie wtr±caj± siê w nasze sprawy. Jeste¶my zdani tylko na siebie.

- Lubisz odzieraæ ze z³udzeñ, ³owco?

- A co robiê od dwudziestu lat?


Jeszcze dobrze nie zag³êbili siê w las, kiedy zaczê³o dziaæ siê co¶ niedobrego. Zrazu konie zaczê³y siê dziwnie zachowywaæ; potem zarówno Sigurd, jak i Wilhelm dos³yszeli dziwne szepty gdzie¶ w pobli¿u. £owca wiedzia³, ¿e je¿eli wpadn± w zasadzkê, nie maj± wiêkszych szans. Szepty raz przybli¿a³y siê, raz oddala³y, budzi³y jednak niepokój nawet w sercu ³owcy.

Sigurd nie obawia³ siê nigdy niewidzialnego z³a. Teraz ba³ siê tylko tego, ¿e nie zd±¿y w porê dostrzec wroga. Nie by³oby dobrze zgin±æ tak blisko celu. Wszak tak niewiele dzieli³o go ju¿ od Hartbad. Niechby tylko by³o widaæ to, co kryje siê za mroczn± ¶cian± drzew. Niechby tylko by³o ich wszystkich widaæ, choæby i setki.

Ale tu tylko odg³osy zdradza³y czyj±¶ obecno¶æ. Jakie¶ szelesty, trzaski ³amanych ga³±zek i szepty. Sigurd poj±³, ¿e nie mog± to byæ orkowie, którzy poruszaj± siê znacznie g³o¶niej. Je¶li to nie zielonoskórzy…

I w momencie, kiedy doby³ miecza, co¶ zaszele¶ci³o w krzakach za nimi i us³yszeli dziki wrzask, jakby zwierzêcy, lecz bardziej przera¿aj±cy. Zaraz te¿ jakie¶ istoty otoczy³y kap³ana i ³owcê ciasnym krêgiem – tak szybko, ¿e ¿aden z nich nie zd±¿y³ zareagowaæ.

Nagle jedna z istot przemówi³a.

- Opu¶cie broñ, wy dwaj.

Kap³an i ³owca spe³nili polecenie.

- Kim jeste¶cie? Szybko, odpowiadaæ!

Dopiero teraz Sigurd zauwa¿y³, ¿e pytania zadawa³ bardzo szczup³y, wrêcz chudy cz³owiek, którego twarzy dobrze nie widzieli, gdy¿ sta³ w cieniu. £owca nie widzia³ dobrze wszystkich ludzi, gdy¿ kilku jeszcze skry³o siê za krzakami, ale naliczy³ tylu, ¿e nie chcia³ podejmowaæ walki.

- Sigurd Salinsson, ³owca czarownic i Wilhelm Schwarzaugen, kap³an Morra. - odrzek³.

Obcy wyszed³ z cienia i przyjrza³ siê im uwa¿nie.

- Rzeczywi¶cie? - u¶miechn±³ siê ponuro. - W takim razie nie macie siê czego obawiaæ.

Sigurd przyjrza³ siê cz³owiekowi wnikliwie. W ¶wietle Morrslieba wydawa³ siê jeszcze chudszy. Jego twarz by³a blada i pokryta bliznami i zadrapaniami. Cia³o mia³ ledwie przykryte lichym p³aszczem. Jego g³owa by³a ogolona. Na czole mia³ wytatuowane s³owo "grzesznik".

- Jestem Eberhard der Sünder, dowódca biczowników. - rzek³. Z krzaków wy³oni³o siê jeszcze kilku ludzi. Wielu wygl±da³o jeszcze gorzej, ni¿ ich wódz. - Czy mo¿emy wiedzieæ, co robicie tej ponurej nocy w lesie pe³nym z³a?

- To do¶æ niezwyk³e pytanie, zwa¿ywszy, ¿e zadaje je cz³owiek, który równie¿ tu przebywa. - zauwa¿y³ Sigurd. - Ale niech bêdzie; ¶cigamy pewnego nekromantê. A wy?

Pokutnik rozejrza³ siê doko³a wzrokiem pe³nym ob³êdu.

- S± wszêdzie wokó³ nas! - poinformowa³ ich z upiornie uroczyst± min±.

- Kto?

- Zielonoskórzy. - odrzek³. - S± ju¿ niedaleko!

- Mo¿e w takim razie przy³±czycie siê do nas? - zaproponowa³ Sigurd.

Dostrzeg³ protest w spojrzeniu towarzysza i dos³ysza³ jego znacz±ce chrz±kniêcie. Odwróci³ siê.

- O co chodzi, Wilhelmie?

- Ufasz ludziom, którzy boj± siê w³asnego cienia?

- My nie boimy siê niczego! - zaprotestowa³ Eberhard. - Mniejsza o to. Sigurd, oni s± nawiedzeni. Widz± to, co chc± ujrzeæ.

- Rozumiem, ¿e mo¿na baæ siê orków. Ale ¿eby biczowników… - zawiesi³ g³os i spojrza³ ostro na Wilhelma.

- Och, przepraszam. - odburkn±³. - Bêdzie oczywi¶cie, jak ty zechcesz. Jestem pewnie zbyt normalny do towarzystwa, które biczuje siê ca³e dnie.

- Istotnie. - odpowiedzia³ uprzejmie Salinsson. - Hm... Eberhard…?

- Mów do mnie: "grzeszniku"! - odrzek³ Eberhard.

- Trochê mi z tym dziwnie, po³owa z was ma to na czole. Ale w porz±dku, grzeszniku. Ty znasz ten las; czujesz gdzie¶ obecno¶æ orków czy goblinów?

- S± wszêdzie wokó³! ¯adnego kroku nie mo¿esz byæ pewien! Jeste¶my tu d³ugo, a i tak nie znamy ogromu z³a, czaj±cego siê tutaj! S± niedaleko! Czujemy ich zapach, widzimy ich z³e oczy! Z³e oczy! - zawy³ przejmuj±co jeden z wychudzonych „grzeszników”. - Ach, powiadam, nasze odkupienie jest blisko!

- Je¶li bêdziecie tak siê drzeæ, to na pewno. - westchn±³ ponuro kap³an.

- Ruszajmy wiêc. Prêdzej czy pó¼niej natkniemy siê na nich i wtedy to Sigmar zadecyduje, kto z nas ma ¿yæ, a kto umrzeæ! – rzek³ Eberhard.

- Chyba czeka mnie bliskie spotkanie z moim bogiem. - jêkn±³ Wilhelm.

- Nie martw siê, bêd± walczyli do ostatniego tchnienia. - powiedzia³ Sigurd. - A poza tym, ponoæ nie ma w tobie ani krztyny lêku.

- Wiesz. - szepn±³ towarzysz. - W pewnym sensie, jak tak czasem na nich spojrzeæ, to niech siê i Nagash schowa.

Sigurd musia³ przyznaæ mu racjê, patrz±c na obdartych fanatyków i ich pe³ne dziko¶ci oczy.


- Czujê obc± magiê. - oznajmi³ po d³u¿szym czasie Wilhelm.

£owca rozejrza³ siê. Noc mia³a trwaæ jeszcze d³ugo. Niedobrze by³oby spotkaæ zielonoskórych teraz, kiedy jest najciemniej. Spojrza³ na Eberharda.

- Kap³an ma racjê. - rzek³ biczownik - Widzia³em z³e oczy w tamtych krzakach i zielony promieñ energii. I nie tylko. O, wibracja. Czujecie?

- Ruszamy? - zajêcza³ jeden z pokutników.

- Czekajcie! Które krzaki? - zapyta³ Wilhelm.

- Tamte! - Eberhard wskaza³ d³oni± poblisk± kêpkê zieleni.

Kap³an roz³o¿y³ rêce i wyszepta³ co¶ niezrozumiale. Sigurd poczu³ wiatr, który zerwa³ siê nagle, niespodziewanie, w chwili rozpoczêcia przez Wilhelma rytua³u.

Chwilê pó¼niej za krzakami buchn±³ b³êkitny p³omieñ i rozleg³ siê g³o¶ny jêk, a potem charczenie.

Po chwili i to usta³o.

Dwóch podw³adnych Eberharda pobieg³o w stronê krzaków i wynios³o z nich ros³ego orka o twarzy pomalowanej na czerwono i niebiesko. W martwej d³oni ci±gle ¶ciska³ ró¿d¿kê.

- Wunderspruch! - orzek³ Eberhard, patrz±c z podziwem na Wilhelma.

?

- Nic wielkiego. Sztuczka, g³upota. Obrócenie szamañskiej magii przeciw szamanowi. Trzeba tylko trafiæ w dobrym momencie. - odpowiedzia³ kap³an, ale widaæ by³o, ¿e niemy podziw biczowników sprawia mu przyjemno¶æ.

- No, no. - mrukn±³ ³owca. - Tylko, ¿e to nam nic dobrego nie wró¿y. Nie wêdrowa³ po lesie samot…

Przerwa³ mu g³o¶ny trzask ³amanych ga³êzi. Z daleka by³o ju¿ s³ychaæ zagniewane g³osy, wypowiadaj±ce pe³ne nienawi¶ci s³owa w zgrzytliwym jêzyku zielonoskórych. Ich oczy b³yszcza³y w ciemno¶ciach ja¶niej, ni¿ Morrslieb na tle czarnego nieba.

Szli powoli, lecz konsekwentnie w stronê ludzi. Pokutnicy wlepili rozgor±czkowane spojrzenia w nadchodz±cych wrogów. Las zamar³ w oczekiwaniu walki, która mia³a nadej¶æ.

Na pewno fanatycy siê ciesz±, pomy¶la³ Sigurd, o ile oni w ogóle siê czym¶ ciesz±. On sam dawno ju¿ nie walczy³ z zielonoskórymi. Zabawna sprawa - ¿ywe miecze, kulty¶ci, nawet ma³e demony u podnó¿a Gór Czarnych, ale orkowie i gobliny - jak dawno z nimi nie walczy³!

- Nocne gobliny. - poinformowa³ go szeptem Eberhard.

Nachtgoblins. Ach, tak.

- Szesnastu.

Szesnastu. Ludzi by³o razem jedenastu.

To nie powinno byæ trudne, pomy¶la³ Sigurd.

Fanatycy rzucili siê do walki z przera¿aj±cym wyciem. Zielona krew trysnê³a z pierwszego przebitego goblina. Który¶ z zielonoskórych wezwa³ g³o¶no którego¶ ze swoich pod³ych bogów.

Sigurd spojrza³ na Wilhelma. Kap³an uwa¿nie obejrza³ klingê swojego miecza, jakby zastanawia³ siê, do czego s³u¿y, po czym zaatakowa³ najbli¿szego goblina.

Có¿, stwierdzi³ ³owca, czas wyk±paæ Vakkrondha w zielonej krwi. Rzuci³ siê na dowódcê goblinów, zag³êbiaj±c ostrze w jego gardle, nim ten zd±¿y³ siê zorientowaæ.

Czu³ dziwne zadowolenie.


Po skoñczonej walce Sigurd rozejrza³ siê za Wilhelmem. Kap³an mia³ zdart± z palców prawej d³oni i krwawi³ lekko, ale ze zwyciêskim u¶miechem czy¶ci³ miecz z krwi. £owca podszed³ do niego i przysiad³ obok.

- Dobra walka. - rzek³, chowaj±c z powrotem Vakkrondha.

- Mówisz jak Zabójca Trolli. - wzruszy³ ramionami kap³an.

- Gdyby¶ mnie lepiej zna³, z pewno¶ci± by¶ to zrozumia³. Wszyscy zabici?

- Szesnastu goblinów i jeden biczownik.

Sigurd wsta³ i podszed³ do Eberharda, który sta³ pochylony nad zabitym, szepcz±c s³owa modlitwy.

- Sigmar bêdzie go mia³ w swojej opiece. - odezwa³ siê ³owca.

- Manfred Niepocieszony by³ dzielnym m³odym cz³owiekiem i odkupi³ swe grzechy. - odrzek³ na to Eberhard. - Zobacz, dopiero trzeci wbity miecz powali³ go na ziemiê.

Sigurd ujrza³, i¿ tak by³o w istocie.

- Chod¼my do waszego nekromanty. - powiedzia³ Grzesznik. - I nie przejmuj siê Manfredem. By³ jednym z nas i zgin±³ tak, jak powinien.

- Chcecie nam towarzyszyæ a¿ do Hartbad?

- A mamy wybór?

Sigurd nie odpowiedzia³. Nie chcia³ siê k³óciæ, ale jego zdanie o fanatycznych biczownikach by³o, mimo bycia ³owc± czarownic, do¶æ niepochlebne. Nie ba³ siê ich, ale i nie przepada³ za ich towarzystwem. Nie chodzi o to, ¿e byli inni… tylko o to, ¿e ich inno¶æ zdawa³a siê byæ niepojêta, niewyja¶niona. Kto o zdrowych zmys³ach zostaje biczownikiem?

Wybór, pomy¶la³ ³owca, rzeczywi¶cie. A mo¿e naprawdê nie maj± czego¶ takiego jak wybór, ile razy siê ju¿ o tym przekona³. Mamy wybór w sprawach drobnych, niewa¿nych, nie maj±cych wp³ywu na losy ¶wiata. Sigurd nie lubi³ s³owa "przeznaczenie", by³o zbyt patetyczne, przydawa³o siê mo¿e w poezji Kurta Zaubernachta, ale nie w ¿yciu. A jednak ³owca wierzy³. Wierzy³ w co¶, w jak±¶ Si³ê, kieruj±c± ludzkim losem. Jaki¶ pr±d, nieokre¶lona moc.

Przeznaczenie, za¶mia³ siê w duchu Sigurd. A prosty cz³owiek ¿yje i my¶li, ¿e jest wolny.

Wyruszyli znowu. Noc ucieka³a jak piasek przez palce.


Ca³y kolejny dzieñ up³yn±³ na nielicznych rozmowach ³owcy z Wilhelmem i kilku s³owach zamienionych z Eberhardem. Pokutnik dopiero za dnia wygl±da³ naprawdê przera¿aj±co. By³ upiornie blady, mia³ zapadniête oczy, wysuszone wargi i wiele blizn na twarzy. Ponad to jego rêce by³y przera¼liwie chude, a ³okcie wystaj±ce. Gdyby nie by³ biczownikiem, Sigurd wzi±³by go za o¿ywieñca. Nawet ³owcê czarownic, tak przyzwyczajonego do nieprzyjemnych widoków, ogarnia³y md³o¶ci na widok Eberharda.

Wilhelm by³ spokojny. Jego rana by³a b³aha, umys³ mia³ nieco os³abiony po swoim "cudownym zaklêciu", ale czu³ g³êboki spokój. Dziêki Sigurdowi i biczownikom dotrze bezpiecznie do Hartbad ju¿ jutro o ¶wicie. Z pomoc± towarzyszy oczy¶ci Imperium z przywódcy Nieumar³ych i poddanych mu wyznawców Nurgla. Wszystko bêdzie dobrze. Morr nie chce go jeszcze widzieæ u siebie.

Eberhard Grzesznik westchn±³ ciê¿ko, widz±c s³oñce chyl±ce siê ku zachodowi. Nadchodzi³a kolejna ciê¿ka noc w lesie dziel±cym Eiseck i Talabheim. Czu³ to przez skórê. Czu³ te¿ co¶ jeszcze. Co¶ nienaturalnego. To by³o wszêdzie, w zapachu wiatru, w szumie li¶ci, nawet w ka¿dym wypowiedzianym s³owie.

Zastanawia³ siê, czy mo¿e to oznaczaæ obecno¶æ magii zielonoskórych. Pokrêci³ g³ow±; nie, to nie orkowie czyhali na nich pomiêdzy tymi drzewami. To by³o co¶, co ju¿ kiedy¶ widzia³, dawno temu, zanim jeszcze sta³ siê fanatycznym biczownikiem. Widzia³ to w swym rodzinnym mie¶cie, w Grissburgu, kiedy zosta³o zaatakowane przez przera¿aj±ce potwory. Przera¿aj±ce, bo zbyt ludzkie w swym braku cz³owieczeñstwa. Eberhard wzdrygn±³ siê. Mimo swej odwagi nie chcia³ spotkaæ ich drugi raz. To nie by³o nic naturalnego.

Zapad³ zmrok. Wiatr zmrozi³ Sigurda. £owca owin±³ siê szczelniej swym p³aszczem. To samo zrobi³ Wilhelm. Morrslieb wydawa³ siê wiêkszy, ni¿ wczoraj i ja¶nia³ z³owrogo, omijany przez chmury.

£owca czarownic czu³ siê ¼le. Wiedzia³, ¿e to wp³yw obcej magii, która czyha na nich gdzie¶ niedaleko. Zastanawia³ siê, jakie teraz maj± szanse, je¶li natkn± siê na Nieumar³ych lub wyznawców Nurgla. Uzna³, ¿e nie powinien o tym na razie my¶leæ. Pocieszy³ siê, ¿e ma przy sobie kap³ana Morra i o¶miu gotowych na wszystko fanatyków.

Zacz±³ wiêc my¶leæ o tym, jakim cudem nekromanta zjednoczy³ siê ze s³ugami Pana Plag. Musia³ im z pewno¶ci± obiecaæ wiele. Byæ mo¿e nawet pomoc w pokonaniu pozosta³ych potêg Chaosu. Ilu ludzi, zabitych przeklêt± zaraz±, ju¿ o¿ywi³? Byæ mo¿e, gdyby uda³o mu siê przej±æ w³adzê w Imperium, taki interes móg³by siê op³aciæ. Teraz jednak nadchodzi ju¿ jego koniec. Sigurd modli³ siê do Sigmara, by by³o dane mu go zobaczyæ.

Nagle przypomnia³ sobie, ¿e to nie misja gna go teraz do Hartbad. Zabawne, tak d³ugo wmawia³ sobie, ¿e jest inaczej, ¿e prawie naprawdê zapomnia³. Nagle wszystko do niego wróci³o. Wszystkie wspomnienia zwi±zane z Biank± Waldhoffer. Jej pierwsze spojrzenie, s³odkie, choæ nienawistne. Jej denerwuj±cy sposób mówienia o Chaosie. Tajemnicza uroda. Pierwsza i jedyna noc spêdzona z ni±. Wreszcie szok, który prze¿y³, u¶wiadamiaj±c sobie, jak blisko los zwi±za³ go z Vakkrim, i jak bole¶nie. Spojrza³ na swój miecz i westchn±³. Przecie¿ nikt nie chce wolno¶ci.

I jeszcze Villeheim! To samo miejsce, w którym Gottfried Ville, wampir z Parravon, zabi³ tylu niewinnych ludzi. Wiêc to go powstrzyma³o. Sigurd s³ysza³ co¶ o jakim¶ kamieniu, ale nie skojarzy³, ¿e mo¿e on odgrywaæ jak±¶ wa¿niejsz± rolê w walce z mrocznymi si³ami. A jednak! Ile to ju¿ czasu? Jakie¶ dwie¶cie lat, najmniej…

Kult Morra z pewno¶ci± mia³ powody do niepokoju. Wiêkszo¶æ magicznych przedmiotów stworzonych przeciwko jakiej¶ mocy mog³a zostaæ do niej dostrojona przez zdolnego maga. A je¶li sam hrabia posiada co¶ tak potê¿nego…

Nie. Sigurd odsun±³ od siebie tê my¶l. Jeszcze nie czas. Dopiero w Hartbad dowiedz± siê, jak potê¿ny jest nekromanta. Jak gro¼ny dla ¶wiata ¿ywych i umar³ych. I Bianki.

- A niechby by³ i samym Nagashem, dopadnê go. – powiedzia³ g³o¶no.

Który¶ z biczowników obejrza³ siê na niego. W zapadniêtych oczach Sigurd dojrza³ zrozumienie. ¦wietnie, pomy¶la³, przejmujê ich sposób my¶lenia. Niczym jeden z tych szaleñców porywam siê na z³o wiêksze ode mnie. Czy to upadek, czy zwyk³a kolej rzeczy? Zanik ¶wiadomo¶ci, czy nowa ¶wiadomo¶æ? Czy to w ogóle wa¿ne? Bianka czeka…

Nag³y podmuch wiatru uderzy³ go w twarz i wyrwa³ z zamy¶lenia. Poszuka³ wzrokiem kap³ana. Wilhelm poblad³ i zatrzyma³ siê.

- Si³y Nieumar³ych przed nami. - wyszepta³.

Pokutnicy zaczêli siê modliæ. Eberhard zamkn±³ na chwilê oczy.

- Ilu? - zapyta³ Sigurd ze spokojem, który przerazi³ jego samego.

- Policz sobie sam! - prychn±³ jeden z fanatyków, wskazuj±c chudym paluchem przed siebie.

Zza drzew wylaz³y trupy. Tak w³a¶nie pomy¶la³ Sigurd: trupy, nie Nieumarli. Dla niego byli w³a¶nie trupami, rozk³adaj±cymi siê zw³okami. Wzdrygn±³ siê, ale i naros³a w nim zawziêto¶æ. Kilku o¿ywieñców nie przeszkodzi mu w osi±gniêciu celu.

Tym razem wyrwa³ siê przed biczowników. Wilhelm rzuci³ na nich ochronne zaklêcie i uczyni³ to samo. W nocnej ciszy i ¶wietle Morrslieba stanêli do walki z mrocznymi si³ami.


Zarówno Sigurd, jak i Wilhelm byli obficie ochlapani krwi±. £owca pomy¶la³, ¿e mo¿e bardziej w³asn±, ale nie mówi³ tego na g³os. Zreszt±, nie by³o czasu. I on, i kap³an krwawili z wielu drobnych naciêæ i zadrapañ. Walka ci±gle trwa³a, a Nieumarli mimo strat nie chcieli siê poddaæ. No tak, pewnie nekromanta jest niedaleko. Sigurd spojrza³ szybko w stronê fanatyków. Wygl±da³o na to, ¿e jeszcze wszyscy ¿yj±. Zastanawia³ siê, jak czy rzeczywi¶cie Hartbad jest tak blisko, czy jego magia dzia³a na tak± odleg³o¶æ. Wola³by zdecydowanie pierwsz± mo¿liwo¶æ, ale wiedzia³, ¿e jego wola nie ma tu nic do rzeczy. Poza tym, czy hrabia w ogóle móg³ dowiedzieæ siê o ucieczce ³owcy czarownic z Eiseck? Czy poddani mu kulty¶ci ju¿ go ostrzegli, czy te¿ zostali por±bani przez Zabójców Trolli? Jaki by³ wynik walki miêdzy nimi a krasnoludami?

Ostrze zgrzytnê³o i zag³êbi³o siê w czaszce jednego z o¿ywieñców. Odwróci³ siê i cudem unikn±³ ciosu. Kopn±³ trupa na wysoko¶ci miednicy i przerwa³ jego pisk mieczem. Krew trysnê³a na szyjê ³owcy, ¶ciekaj±c ni¿ej. Miecz kap³ana pozbawi³ o¿ywieñca g³owy, ale omal nie zrobi³ tego samego z Sigurdem. £owca przetoczy³ siê po czerwonym, mokrym od krwi mchu i ledwie zdo³a³ siê zas³oniæ przed nastêpnym ciosem. Spojrza³ w górê i wtedy przeciwnik zwali³ siê na niego ca³ym ciê¿arem.

Po chwili, kiedy wygrzeba³ siê spod trupa, ujrza³, ¿e to ju¿ koniec. Walka zakoñczy³a siê znowu ich zwyciêstwem.

- To by by³o na tyle. - rzek³ Eberhard.

Mówi, jak Zabójca Trolli, zawiedziony wygran± walk±, pomy¶la³ Sigurd. Có¿, fanatyzm...

- Ruszamy dalej? - zapyta³ który¶ z biczowników. - Nie mamy chwili do stracenia.

£owca kiwn±³ g³ow±. By³ zmêczony, ale wiedzia³, ¿e powinni natychmiast ruszyæ. Do Hartbad nie by³o daleko, a czas goni³. Teraz, kiedy hrabia wie o wszystkim, z pewno¶ci± pomy¶li o lepszej obronie.

- Racja. Ruszamy. - powiedzia³.

- Sigurd… - dos³ysza³ bardzo s³aby g³os. Odwróci³ siê do kap³ana.

Wilhelm by³ blady. Oddycha³ ciê¿ko i ledwo trzyma³ siê na nogach. Pokutnicy patrzyli nañ pogardliwie; oni nie znali ju¿ s³abo¶ci.

- Co siê dzieje? - zapyta³ obojêtnym tonem Eberhard.

- Wyczerpa³a go ta walka. Co tak patrzycie? Do licha, przecie¿ on ca³y czas podtrzymywa³ to ochronne zaklêcie! Musimy siê nim zaj±æ. Pomó¿cie mi.

- Dziêkujê… Sigurd… - szepn±³ kap³an i osun±³ siê w ramiona ³owcy.

Reszta drogi do Hartbad up³ynê³a w sennym milczeniu.


To niezwyk³e, pomy¶la³ Sigurd, jak zwyczajnie wygl±da to miejsce. Niejeden nie uwierzy³by, ¿e tu, w samym centrum z³a i rozk³adu, mo¿e byæ tak spokojnie, niemal piêknie. To nie to, co Eiseck, gdzie ka¿da ulica spogl±da³a z nienawi¶ci±, gdzie Chaos czu³o siê w powietrzu. Nie, to miejsce nie budzi³o podejrzeñ. Wygl±da³o tak spokojnie. Ca³kiem niechaotycznie. Ca³kiem…

…zwyczajnie.

Hartbad. Spokojna wioska niedaleko Talabheim. Jak Hellenrand, jak Reifbad, jak wiele innych. Ró¿nica polega³a na tym, ¿e spokój Hartbad by³ pozorny. Za nim kry³a siê rozpacz i triumfuj±ce z³o.

Ale nie na d³ugo, powiedzia³ sobie ³owca czarownic. Nie na d³ugo. Gdzie jest Bianka? Tê my¶l stara³ siê na razie odsun±æ. Na to przyjdzie jeszcze czas. Najpierw obowi±zek ³owcy, potem przyjaciela. Najpierw unicestwienie hrabiego, potem przysiêga z³o¿ona Vakkriemu.

Spojrza³ na Wilhelma. Kap³an bez w±tpienia czu³ siê ju¿ lepiej, choæ do stanu sprzed bitwy jeszcze trochê mu brakowa³o. Có¿, nie mo¿na by³o na to czekaæ w nieskoñczono¶æ. Byæ mo¿e i tak s± spó¼nieni. Byæ mo¿e ju¿ wszystko stracili. Byæ mo¿e Bianka…

Nie, pomy¶la³ Sigurd, nie Bianka. Nie teraz, proszê.

Wyszed³ zza ostatnich drzew i spojrza³ na fanatyków - bêdzie lepiej, je¶li oni pójd± przodem, skoro nekromanta jest tak potê¿ny. Nie czu³ siê z tym dobrze; wiedzia³, ¿e oznacza to dla wielu z nich pewn± ¶mieræ, ale przecie¿, t³umaczy³ sobie, sami tego pragnêli. On, Sigurd, zajmie siê samym hrabi±.

- Ju¿ dobrze. - szepn±³ Schwarzaugen. - Ju¿ wypocz±³em. W porz±dku.

- To dobrze. - odrzek³ ³owca w zamy¶leniu. - Bo teraz bêdziesz potrzebowa³ du¿o si³y. Przed nami Hartbad.

- Wspaniale. - westchn±³. - To ju¿ koniec naszej wêdrówki, czy tak?

- Prêdzej czy pó¼niej.

- Morr przyjmie nas z rado¶ci±. - stwierdzi³ Wilhelm. - Zostanê nagrodzony za wiern± s³u¿bê.

- Bez w±tpienia.

- Ale nie chcê. Nie chcê umieraæ.

Sigurd spojrza³ badawczo na towarzysza.

- Có¿…

- Ty te¿ nie chcesz.

-To, co chcê…

- Niestety siê nie liczy.

- W³a¶nie.

- Herr Hexenjäger i Herr Wilhelm! - zawo³a³ Eberhard. - Czê¶æ domu oczyszczona, podwórze puste!

- Dobrze! - odpowiedzia³ Sigurd. - Chod¼, Wilhelm.

- Jeste¶my nieustannie przez kogo¶ obserwowani, Herr. - powiedzia³ dowódca z dziwnym dr¿eniem w g³osie.

- To oczywiste. - stwierdzi³ Wilhelm. - Nekromanta ma na nas oko, trudno, ¿eby by³o inaczej.

- W takim razie zamkniemy mu to oko raz na zawsze. - ³owca spojrza³ na swój miecz i ruszy³ przed siebie.

A przed sob± ujrza³ wreszcie dom hrabiego.


£owca i kap³an szli us³anym trupami korytarzem. Biczownicy znali siê na swojej robocie. O, oni z pewno¶ci± byli usatysfakcjonowani – wszak nieczêsto mo¿na znale¼æ tyle z³a w jednym szlacheckim domu. Wybieraj±c taki los, na pewno wiedzieli, ¿e… Sigurd powstrzyma³ ¶miech. „Wybieraj±c taki los”. Zabawne. Wybór.

Pokutnicy nie mieli wyboru. Nikt ju¿ nie mia³ wyboru. „Wybór” w ogóle by³ s³owem, tylko s³owem. S³owem z inne rzeczywisto¶ci. Tu nie znaczy³o ono nic. Nie w tej chwili, nie w tym miejscu. Nie w tym ¶wiecie. Sigurd przeskoczy³ sprawnie nad cia³em kultysty. On te¿ nie mia³ wyboru. Zabawne, jak ³atwo i jak pó¼no przysz³o zrozumienie. Nikt nie mia³ wyboru. Kulty¶ci i ³owcy czarownic. Nekromanci i kap³ani Morra.

- Ci fanatycy robi± rze¼ wszêdzie, gdzie siê znajd±. – odezwa³ siê Wilhelm.

- Ja te¿. – odrzek³ Sigurd, nim zd±¿y³ siê powstrzymaæ.

- Ty jeste¶ ³owc± czarownic.

- A oni biczownikami.

Szli dalej. Ciê¿ko by³o uwierzyæ, ¿e o¶miu ludzi mo¿e pozostawiæ za sob± tyle trupów. Czy hrabia by³ zaskoczony? Powinien wiedzieæ, ¿e Sigurd wróci. Powinien to przeczuwaæ. Powinien to ju¿ dawni zauwa¿yæ, przecie¿ ³owca i fanatycy stoczyli bitwê z Nieumar³ymi. A jednak nie wygl±da³o na to. Czy¿by móg³ po¶wiêciæ tylu poddanych? Ilu ich jeszcze czeka tam, w¶ród kamiennych ¶cian domu hrabiego? Czy mo¿liwe jest, ¿e wymy¶li³ co¶ gorszego? Czy w ogóle mo¿e byæ co¶ gorszego od po³±czenia si³ Ciemno¶ci z si³ami Chaosu?

Oczywi¶cie, ¿e mo¿e, stwierdzi³ Sigurd. Na przyk³ad ³owca czarownic, który nie umie sobie z tym poradziæ. Na przyk³ad kolejne miniêcie siê z misj±. Na przyk³ad kolejna my¶l o Biance. S± gorsze rzeczy. Z pewno¶ci±.

Korytarz by³ d³ugi, w±ski i zadziwiaj±co pusty, jak na dom szlachcica. Nie wygl±da³o na to, aby Hartbad chcia³ siê pochwaliæ przed kim¶ swoj± posiad³o¶ci±. Z pewno¶ci± nie mia³ czym - Chaos nie by³ powodem do dumy.

Gdzie jeste¶, hrabio, pomy¶la³ Sigurd. Gdzie jeste¶cie, wszyscy wyznawcy Nurgla, gdzie jeste¶, Stanis³awie, i gdzie jeste¶, Bianko, moje najwiêksze szczê¶cie i przekleñstwo zarazem. Gdzie jest Vakkri Thingrimsson i Lhazil Têpozêby, gdzie dru¿yna Karnova. Poka¿cie siê wszyscy, przyjd¼cie do mnie, jestem przecie¿ ju¿ tak blisko.

Us³ysza³ za sob± krótki krzyk i zaraz po nim charczenie. Odwróci³ siê i ujrza³ Wilhelma, stoj±cego nad jakim¶ cia³em. Kiedy obróci³ mu g³owê czubkiem buta, ujrza³ twarz Stanis³awa, wykrzywion± zdziwieniem i bólem.

- O jednego dewianta mniej. - rzek³ Sigurd i ruszy³ dalej.

- Jeszcze tylko kilkudziesiêciu. - mrukn±³ kap³an.

Szli dalej ciemnym korytarzem.

Teraz dopiero ³owca czarownic dostrzeg³, ¿e jednak na ¶cianach wisz± jakie¶ obrazy. Zatrzyma³ siê i przyjrza³ im dok³adnie. Zadr¿a³. Niewiele rzeczy jest w stanie przeraziæ Sigurda Salinssona. Niewiele rzeczy wywo³uje u niego dr¿enie d³oni. Niewiele rzeczy mo¿e spowodowaæ chêæ ucieczki u tak do¶wiadczonego ³owcy czarownic. Tym obrazom niemal siê uda³o.

Trudno by³o orzec, co przedstawia³y. Na niektórych by³o widaæ tylko pokrzywione twarze, na innych widnia³y ju¿ jakie¶ sceny. Wszystkie malowid³a mia³y zielonkawy po³ysk. Sigurd by³ pewien, ¿e do farby dodano spaczenia. Z trudem ruszy³ siê, by przej¶æ dalej. Dr¿a³ na ca³ym ciele.

Ostatni obraz, tu¿ ko³o wielkich, dêbowych drzwi, przedstawia³ ³owcê czarownic. Nad nim górowa³ nienaturalnych rozmiarów i kszta³tów cz³owiek - z wygl±du szlachcic - i u¶miecha³ siê z³owieszczo, pchaj±c ostrze swego miecza w gard³o ³owcy.

- Sigmarze… - wyszepta³ Sigurd.

- Mój amulet ¶wieci tak jasno, ¿e niemal mnie o¶lepia. - rzek³ Wilhelm. - To te drzwi. Je¶li…

- Wiem.

£owca nacisn±³ klamkê. Sigmarze, daj mi chocia¿ zobaczyæ koniec tego pod³ego zwyrodnialca, modli³ siê rozpaczliwie. Pchn±³ drzwi mocnym, zdecydowanym ruchem i wszed³ do pokoju.

- Witaj, Sigurdzie Salinssonie. - odezwa³ siê znajomy, niemal przyjazny g³os. - Pozwolê sobie nie wpu¶ciæ twego towarzysza, ¿eby¶my mogli spokojnie porozmawiaæ, dobrze? - drzwi zamknê³y siê z hukiem. - Tak jest zdecydowanie lepiej. Prawda? No, to usi±d¼.

Sigurd dostrzeg³ wreszcie, kto do niego mówi. Niedaleko, po¶rodku ca³kiem pustego pokoju, sta³ hrabia. Wygl±da³ jeszcze bardziej przera¿aj±co, ni¿ wtedy w Eiseck. Mo¿e to przez ten swój zwyciêski u¶miech, mo¿e przez jeszcze bardziej trupi wygl±d, mo¿e przez zielonkawo-fioletow± po¶wiatê, która go otacza³a, a mo¿e przez wszystko naraz.

- Usi±d¼, Sigurdzie. - powtórzy³ ³agodnie hrabia.

- Postojê. - wykrztusi³ ³owca nieswoim g³osem.

- Prawda, masz swoj± dumê. Ale czy¿ duma nie nakazuje ci szanowaæ wroga? Powiedz! Powiedz, co ciê gna do mnie, opowiedz o swoim ¿yciu, o sobie! Bêdê zaszczycony - wszak godny z ciebie przeciwnik.

- Zbyt godny dla ciebie, Hartbad. - warkn±³ Sigurd, zbudziwszy siê ju¿ z oszo³omienia i zbli¿y³ siê do nekromanty.

Powstrzyma³ go gest hrabiego i jego spojrzenie.

- Spokojnie, Sigurdzie. Czas, by¶ dowiedzia³ siê, z kim w ogóle rozmawiasz. A mo¿e ju¿ zda³e¶ sobie sprawê z mojej potêgi? Wszak towarzyszy ci ten ¶mieszny kap³an, szukaj±cy kamienia.

- Kamienia Villeheimu. – rzek³ ³owca.

- Faktycznie, Villeheimu. A po co tobie ten k³opot? Przecie¿ nie masz nic wspólnego z jego bogiem…

- Ka¿dy ma co¶ wspólnego z Morrem, nekromanto. – g³os, który przerwa³ hrabiemu, sta³ siê nagle silniejszy i zimniejszy.

- Przecie¿ wiesz, ¿e je¶li tylko zaw³adnê Imperium, ca³a moc Kamienia bêdzie moja. – ci±gn±³ hrabia.

- Dobrze¶ powiedzia³, hrabio: je¶li tylko. – odrzek³ Sigurd.

- Jestem ostro¿ny w s³owach. Przydatna umiejêtno¶æ przy ³owcy czarownic.

- Tobie i tak ju¿ nic nie pomo¿e. – warkn±³ ³owca.

- Umrzesz z kl±tw± na ustach. – roze¶mia³ siê von Hartbad. – Niepoprawny Sigurd Salinsson! Obserwujê ciê od d³ugiego czasu. Du¿o robisz. Wiele razy mi pomog³e¶. Na przyk³ad, dwa lata temu… My¶la³em ju¿, ¿e skoñczy siê fatalnie. Kult Mrocznego P³omienia depta³ mi po piêtach. A ty za³atwi³e¶ ich w ostatniej chwili… Nie podziêkowa³em ci, wybacz.

Sigurd zgrzytn±³ bezsilnie zêbami. Nie s±dzi³, ¿e tak d³ugo jest obserwowany. Von Hartbad nie by³ g³upi i na pewno nie niecierpliwy. Musia³ ca³e lata planowaæ swój atak na Imperium.

- Od jak dawna mnie obserwujesz?

- Od Blutbach. Pamiêtasz Diehla? Towarzyszy³ ci oszala³y z rozpaczy ch³opczyna, którego kochankê wyssa³ ten wampir. Wampiry. Ach, ta ich pewno¶æ siebie! Diehl by³ g³upcem; zagra¿a³ mi jednak. Wtedy jeszcze nie my¶la³em, ¿e cz³owiek mo¿e pokonaæ wampira. Ba³em siê, ¿e zyskam sobie potê¿nego wroga. Nie ³udzi³em siê, ¿e bêdzie chcia³ jakichkolwiek uk³adów. Oni nie maj± skrupu³ów. Nie s± lud¼mi.

W ³owcy naros³a w¶ciek³o¶æ. A wiêc tak to wygl±da³o. Byæ mo¿e wszystko, co sta³o siê w Eiseck mia³o tylko sprawdziæ Sigurda. Byæ mo¿e hrabia wcale nie chcia³ go zabiæ. O czym on teraz mówi? Lud¼mi! Nekromanta cz³owiekiem. Có¿ za kiepski ¿art. Kto zachowa³ tu wiêcej cz³owieczeñstwa? Niech przeklêty bêdzie ten, kto wykorzystywa³ go do swych pod³ych celów! Nie, nigdy wiêcej. Nigdy wiêcej nie pozwoli, by si³y Ciemno¶ci zrobi³y z niego swego s³ugê. Pos³a³ hrabiemu zimne spojrzenie i doby³ miecza.

Znowu powstrzyma³ go wzrok von Hartbada. Kiedy hrabia siê odezwa³, Sigurd zadr¿a³. Ten g³os nie by³ ju¿ ludzki. Nie by³o w nim ju¿ nic. Tylko potworne si³y, które nim przemawia³y.

- A zatem z dalszej wspó³pracy nici. Có¿, trudno. Rozumiem. Prawdziwy ³owca nie ma uczuæ. Sigurda nie obchodz± inni, nie ma bliskich. - roze¶mia³ siê hrabia. - Szkoda, ¿e dla Bianki Waldhoffer nie jest to takie proste.

- Bianka… - ³owca nie by³ w stanie powiedzieæ nic wiêcej.

- Och, wiesz chyba, ¿e jest tutaj. Nie martw siê. Jest bezpieczna, mój drogi. Do czasu, a¿ przelejesz krew. Stanis³aw i moi poddani nie obchodz± mnie zbytnio, jestem sk³onny ci wybaczyæ ich ¶mieræ. Ale ja - ja musz± zostaæ przy ¿yciu. Rozumiesz?

Sigurd zesztywnia³ ca³kowicie. Okropna, parali¿uj±ca my¶l ca³kowicie go opêta³a. Czu³, jak miecz wy¶lizguje mu siê z d³oni i upada z brzêkiem na pod³ogê. Czu³, ¿e teraz nie jest ju¿ ani ³owc± czarownic, ani przyjacielem Vakkriego, czu³, jak niknie w nim poczucie misji i obowi±zku.

- Oczywi¶cie my¶lisz sobie - ci±gn±³ Hartbad. - ¯e oszukam ciê, prawda? ¯e chcê u¶piæ tw± czujno¶æ mi³ymi s³ówkami, a potem skrzywdziæ i ciebie, i tw± przyjació³kê? Nie. Nic podobnego, mój mi³y. Nigdy bym tego nie zrobi³, Sigurdzie, nie tobie. Ja tak¿e mam swój honor.

£owca czarownic sta³ oniemia³y. S³owa hrabiego dociera³y do niego wprawdzie, ale nie rozumia³ ich sensu. Wiedzia³ tylko, ¿e Biance grozi straszna ¶mieræ i musi j± uratowaæ, choæby za cenê…

…misji?

Wiedzia³, ¿e nadszed³ koniec. Ka¿da decyzja bêdzie z³a. Umrze albo on, albo Bianka - albo oboje. A to, co stanie siê z nimi po ¶mierci, bêdzie jeszcze gorsze. Nie, nie ma wyboru. Vakkri… Lhazil… Wilhelm… Wszyscy, którzy w niego wierzyli… Wszyscy oni zrozumiej±, czym jest Sigurd Salinsson. Czym jest ich przyjaciel, ich bohater.

Mniej ni¿ niczym.

I tak to siê koñczy, stwierdzi³ Sigurd. Zwyczajny koniec ³owcy czarownic? Raczej nie. O, jaka piêkna by³aby zwyczajna, prozaiczna ¶mieræ! Nie, nie. Nie tak ginie legenda. Sigurd Salinsson musi umrzeæ upodlony, skoñczony, rozdarty miêdzy jedn± zdrad± a drug±. Gorycz narasta³a w ³owcy niekontrolowanie. Mo¿e szkoda, ¿e nikt nie zapyta³ go w odpowiednim momencie o cz³owieczeñstwo. A mo¿e i to niewiele by da³o. Gdzie s± teraz wszyscy? Zniknêli; nawet von Hartbad nie mia³ tu znaczenia. £owca zawsze jest sam. Kim s± ci, którzy w niego wierz±? G³upcy! I po co? Wszystkich spotka zawód. Vakkriego, Wilhelma, Biankê i nawiedzonych biczowników. Pal sze¶æ ich, a Sigmar? Sigurd nie odmawia³ regularnie modlitw, ale przecie¿ s³u¿y³ mu wiernie od dwudziestu lat. Co teraz?

Vakkrondh, przeklêty! Dlaczego le¿ysz na pod³odze? Ty? Doprowadzi³e¶ do tego, a teraz mnie zostawiasz? ¦wietnie. ¯adnej broni, poza kilkoma no¿ami. ¯adnej broni, której Sigurd móg³by zaufaæ.

Za¶mia³ siê gorzko w duchu. Tak¿e nie by³o tu ¿adnego ³owcy czarownic, któremu móg³by zaufaæ. Naprawdê pewne by³y tu tylko ruchy hrabiego. Ironia losu; nie pierwszy raz zreszt±. Tylko dlaczego teraz?

Sta³, wpatruj±c siê rozpaczliwie w pod³ogê. Miecz le¿a³ u jego stóp; czu³ dreszcze na sam± my¶l o podniesieniu go. Nie. Sigmarze, nie! Bianka. Nie. Misja. £owca czarownic, Sigurd Salinsson. Kobieta. Misja. ¯ycie doczesne. ¦mieræ. Koniec. Koniec.

Rozk³ad.


Byæ mo¿e nigdy nie podj±³by decyzji. Byæ mo¿e sta³by tak do skoñczenia ¶wiata. Byæ mo¿e wszystko skoñczy³oby siê inaczej, gdyby nie dostrzeg³ nagle wielkiej, zielonej kuli ¶wiat³a, która rozb³ys³a za plecami nekromanty. Wróci³a czujno¶æ ³owcy, obudzi³y siê zmys³y, znów by³ gotów do walki. Miecz! Sigmarze, miecz na pod³odze! Nie. Nie wolno siê baæ. Spojrza³ w oczy hrabiego, staraj±c siê jednocze¶nie odnale¼æ nó¿ zdrêtwia³ymi z przera¿enia d³oñmi. Delikatnym ruchem obróci³ go i b³yskawicznie rzuci³.

Us³ysza³ ¶miech hrabiego.

- Prawie, prawie! - zawo³a³ z uznaniem, odwracaj±c siê i spogl±daj±c na drewno, w które wbi³ siê nó¿. – A jednak jeste¶ niez³y! Parê cali, i by³bym…

Drugi nó¿ trafi³ z charakterystycznym odg³osem w jego plecy.

- Mam cztery no¿e. - wyja¶ni³ Sigurd, podchodz±c do konaj±cego nekromanty. - I ka¿dy ma równe szanse na trafienie.

Us³ysza³ ciche zaklêcie, wraz z którym hrabia skona³. Podniós³ szybko Vakkrondha i wybieg³ z komnaty.

Bieg³ i s³ysza³ krzyki. Bieg³ i krzyki cich³y, ginê³y w jego my¶lach. W ca³ym domu panowa³ chaos. Z ka¿dego pokoju wychodzili upiornie bladzi ludzie, zmutowane istoty, zapewne s³u¿±ce Hartbadowi. Co¶ zawy³o przera¼liwie. Ale Sigurd bieg³ gdzie indziej. Nie, nie czas na walkê. £owca czarownic jest cz³owiekiem.

"Nie pytajcie mnie o cz³owieczeñstwo…"

A jednak.

Bieg³ bardzo szybko i niemal na o¶lep, tote¿ nie dostrzeg³ wielkich drzwi, wokó³ których k³êbili siê s³udzy Chaosu. Kiedy wreszcie je zobaczy³, by³o ju¿ za pó¼no.

Na chwilê przed zderzeniem pomy¶la³ sobie, ¿e przeznaczenie jest bardzo g³upie.


- Wstawaj, ³owco! - kto¶ wyla³ na niego chyba ca³y kube³ wody. - Otrz±¶nij siê!

Sigurd rozpozna³ g³os Wilhelma. Otworzy³ oczy. Bola³a go g³owa, ale czu³, ¿e musi wstaæ. By³o mu niedobrze. Uniós³ g³owê i spojrza³, unosz±c z trudem obola³e powieki.

Ujrza³ Biankê.

Wygl±da³a tak samo, mia³a tylko jedno zadrapanie na twarzy. Jednak co¶ w niej uleg³o zmianie. Patrzy³a na niego ze strachem i czym¶ jeszcze, czego nie potrafi³ rozpoznaæ. On, który zna³ siê na ludziach, nie móg³ tego rozpoznaæ.

- Witaj, Sigurd. - powiedzia³a.

- Och… Bianka… - jêkn±³. - Jak…

- Wilhelm mi pomóg³. I ci… biczownicy. - wyja¶ni³a.

- Ach, tak… - przyjrza³ siê jej dok³adnie. W jej ch³odnym spojrzeniu by³o co¶ ³agodnego.

- A teraz by³abym wdziêczna, gdyby Wilhelm i reszta panów udali siê na krótki spacer celem… hm… rozprostowania pleców. - spojrza³a na mê¿czyzn, którzy, o dziwo, ruszyli siê natychmiast. - A wiêc… - rzek³a, gdy ju¿ poszli. - Jeste¶.

- Jestem. Przysi±g³em Vakkriemu.

- Ach, tak.

- Tak. - potwierdzi³, bo to by³a prawda.

- I tylko dlatego.

- Jestem ³owc± czarownic.

- Prawda.

- Ne wierzysz?

- A ty?

Prawda, pomy¶la³ Sigurd. Sam w to nie wierzê.

- Nasza noc… - zacz±³ niefortunnie.

- O tym musisz zapomnieæ. - uciê³a. - Musimy siê rozstaæ, jak najszybciej. Ju¿. Za chwilê. Wyje¿d¿am.

- Dok±d?

- Daleko.

- Szukaæ Vakkriego?

Spojrza³a na niego oczami, za które da³by siê zabiæ tysi±c razy.

- Nie musisz wiedzieæ. Bêdê, gdzie bêdê. Nie mam dok±d wróciæ. Ale nie szukaj mnie. Ty masz do czego wracaæ. Przeznaczenie tob± pokieruje. Nie sprzeciwiaj mu siê.

- Ono jest g³upie.

- Ale jest.

Kiwn±³ g³ow± w zamy¶leniu. W³a¶ciwie, ¶mieszna sprawa, czu³… ulgê. Co¶ w nim odzyska³o wolno¶æ. Jaka¶ wa¿na cz±stka.

- Wiêc ¿egnaj. - rzek³. - B±d¼ zdrowa.

- I ty tak¿e. Do… ¿egnaj. - u¶miechnê³a siê, chocia¿ na jej policzku l¶ni³a ³za.

A potem odesz³a.

Sigurd siedzia³ sam, kiedy wróci³ Wilhelm z pokutnikami.

- Odesz³a… - szepn±³ ³owca, bardziej do siebie, ni¿ towarzyszy.

- Dok±d teraz zmierzasz, Sigurd? - zapyta³ kap³an.

- Och… - westchn±³, spogl±daj±c wreszcie na nich. - A wy?

- Ja zajmê siê kultem Nurgla. - powiedzia³ Eberhard. - Oczy¶cimy ten kraj z Chaosu, albo nie jestem grzesznikiem!

- Ja pojadê z powrotem do Nuln. - odrzek³ Wilhelm. - Moje zadanie skoñczone, Kamieñ odzyskany. Chcia³bym jednak wiedzieæ, co ty zamierzasz. Dok±d teraz pójdziesz?

Sigurd Salinsson spojrza³ w niebo. Bianka mia³a racjê. Ma do czego wracaæ. Honor, duma - to jedyne, co mu pozosta³o, a to i tak bardzo wiele. Misja nigdy siê nie koñczy. Trwa ci±gle, do koñca ¿ycia. - Do Talabheim, spotkaæ siê z Arcylektorem.

Rozumiem. - skin±³ g³ow± kap³an. - A potem?

£owca czarownic poczu³ nagle, jakby pu¶ci³y jakie¶ pêtaj±ce go wiêzy. Pu¶ci³y? Czy to byæ mo¿e? Zmiana niewoli zawsze daje poczucie wolno¶ci. Witaj z powrotem, ³owco czarownic, wolny niewolniku swoich zasad i swej dumy. Przeznaczenie! Czêsto mia³o racjê.

U¶miechn±³ siê po raz pierwszy od dawna.

- A potem pójdê napiæ siê piwa.



Powi±zane z tym tekstem: historia Liebvina Naubhofa - czyli kolejny ³owca czarownic do wykorzystania na sesji.
ostatnia podró¿ - kolejne opowiadanie konkursowe .
Portrety - w sam raz na ¿er ³owców nagród




S³owa kluczowe:

czytelnia WFRP, opowiadanie wfrp, Skavenblight, Warhammer, WFRP

Powi±zane artyku³y:

» Pajêczyca
» Zapisane w gwiazdach
» ¦wiêtoszek
» Eloisa
» Melisanda

Powi±zane noty:

» Warhammer Fantasy Roleplay 3 ed. - Creature Vault
» Zabójca Szamanów
» B³êdny rycerz
» Warhammer Fantasy Roleplay 3 ed. - Zestaw podstawowy
» Tamurkhan: The Throne of Chaos

Powi±zane wie¶ci:

» Pajêczyca
» Odkurzaj±c stary tom, cz. II
» Sprawcy, cz.II
» Mi³o¶niku WFRP! Bohater Ciê wo³a!
» Dodatek dla warhammerowych zapaleñców


Waszym zdaniem...

Sepp
Ocena:
0
(+1) [troll]
Interesuj±ca akcja, ciekawe postaci t³a, mi³e zakoñczenie. Jedyne czego mogê siê uczepiæ, to b³êdy. Choæ nieliczne, to na pewno psuj± troszkê w ca³o¶ci. Mimo to bardzo mi siê spodoba³o.

Pozdrowienia dla obiecuj±cej autorki :)
09-04-2006 11:33
Sepp
Ocena:
0
(+1) [troll]
Co bardzo ciekawe, nie minê³o du¿o czasu ( Bo jakie¶ dwie godzinki, które by³y odmierzane moim snem. ) od przeczytania tego opowiadanka, a ju¿ mam ochotê zabraæ siê za nie kolejny raz. To mo¿e znaczyæ tylko jedno !

Kawa³ dobrej historii, pani Natalio.
09-04-2006 14:30
Gerard Heime
Ocena:
0
(+1) [troll]
Hmmm, niez³e.

Jedna rzecz trochê mnie tylko razi³a - motywacje bohaterów. Czasem mia³em wra¿enie, ¿e wybory postaci s± nieuzasadnione. Niewystarczaj±co moim zdaniem zarysowa³a¶, droga Skavenblight, odpowiedzi na pytanie "dlaczego?", "po co?". Dramatyczny efekt osi±gniêty, ale postacie trac± na reali¼mie.
Tak by³o, gdy Sigurd spotka³ najpierw Stanis³awa, a potem Biankê. Tak by³o, gdy Sigurd sta³ przed Hartbadem.

Poza tym czytanie wymaga sporej uwagi, bo historia jest zarysowana tak, jakby wiele dzia³o siê poza oczami czytelnika.

No i dlaczego zawsze heros z w±tpliwo¶ciami musi ratowaæ kobietê (kóra i tak go opuszcza) przed z³ym nekromant±? Historia jest dramatyczna, ale niebyt oryginalna.

Niemniej, warsztat dobry, i ca³o¶æ ogólnie mi³o siê czyta³o (choæ gdy jestem zmêczony czytanie takiego d³ugiego tekstu trochê mnie wykancza).

B³êdy ma³e, nieistotne, nie przeszkadza³y w odbiorze tekstu.

Oby tak dalej! :)
09-04-2006 18:32
~Grzeniu

U¿ytkownik niezarejestrowany
Ocena:
0
(+1) [troll]
jeszcze calego nie przeczytalem ale musze isc do kosciola ale jak wroce to dokoncze bo jestem ciekawy co z tego wszystkiego wyniknie i powiem co mysle na temat tego opowiadania
09-04-2006 19:00
~Grzeniu

U¿ytkownik niezarejestrowany
Ocena:
0
(+1) [troll]
sporo czasu musialo minac abym mogl przeczyatc ale bylo wardto ten tekst mozna opisac jednym slowem jest "dobry"
gratuluje pomyslu i telentu
10-04-2006 17:54
Gambit
piêtno mistrza?
Ocena:
0
(+1) [troll]
Byæ mo¿e to tylko moje wra¿enie ale wydaje mi siê, ¿e wyczuwam aurê Sapkowskiego wokó³ tego tekstu. Dylemat moralny, pytania retoryczne i przewijaj±cy siê przez ca³e opowiadanie tytu³ - jak dla mnie typowe wied¼miñstwo.
Jak zauwa¿y³ Gerard wybory bohaterów s± momentami nielogiczne; zak³adam, ¿e tak mia³o byæ. Przywilej autora :)
Sama fabu³a ma "ciekawy bukiet" jak by to okre¶li³ mój znajomy. I parê fajnych zwrotów akcji.
Jedna niew±tpliwa zaleta - nie da siê przewidzieæ co bêdzie dalej :-)
Gratuluje!
10-04-2006 22:17
Hagar
jak dla mnie...
Ocena:
0
(+1) [troll]
bomba :)
lepsze niz coniektore wyroznione prace! Zdecydowanie wyzej winni Cie ocenic :) droga autorko!
11-04-2006 17:40
Xeel
Ocena:
0
(+1) [troll]
Ciekawe i klimatyczne opowiadanie, trzeba siê momentami nie¼le skupiæ ¿eby wszystko w³a¶ciwie zrozumieæ, ale liczê to na plus. S³owem, dobry styl i porz±dny tekst, gratulacje panno Skaveblight :)
11-04-2006 17:43
Ifryt
Ocena:
0
(+1) [troll]
Strasznie przegadane opowiadanie. Bez wiêkszej straty da³oby siê je skróciæ co najmniej trzykrotnie. Tak szerokie opisywanie prze¿yæ i emocji bohatera niebezpiecznie zahacza o grafomañstwo. Poza tym akurat takie mazganie siê u ³owcy czarownic z d³ugim sta¿em wydaje mi siê do¶æ dziwne. Owszem, jest mowa, ¿e jego legenda jest wyolbrzymiona, ale nawet w takim wypadku postaæ wydaje mi siê nieprawdopodobna.
12-04-2006 15:32
Xeel
zale¿y od punktu widzenia
Ocena:
0
(+1) [troll]
Odno¶nie bohatera - kim by on z zawodu nie by³, raczej nie pochodzi z seryjnej produkcji, a wiêc mo¿e byæ ze swym charakterem skrajnie odmienny od wszystkich innych kolegów po fachu. A co do tego "mazgania siê" - ³owca czarownic musi byæ wiêc ustawowo twardy jak Sylwek S., nigdy nie mieæ skrupu³ów i najlepiej w ogóle wyzbyæ siê ludzkich odruchów? D³ugi sta¿ pracy móg³by równie dobrze takiego przyk³adowego ³owcê brutalnie nauczyæ wra¿liwo¶ci i pod³amaæ emocjonalnie, no co, to od razu takie niemo¿liwe? No chyba ¿e przyjmujemy ¿e ka¿dy z nich to wyprany z uczuæ fanatyk i sadysta i jeszcze najlepiej przyg³up, bo taki nie traci czasu na my¶lenie nad tym co robi i jak robi. Pewnie, ¿e tacy te¿ pewnie chodz± po Starym ¦wiecie, ale nie tylko tacy.
12-04-2006 18:59
Ifryt
Ocena:
0
(+1) [troll]
Nie uwa¿am, ¿e ³owca czarownic bezwzglêdnie musi byæ osob± bez skrupu³ów i emocji. Ale po prostu autorka nie potrafi³a mnie przekonaæ do takiej wizji. Mimo ¿e tyle miejsca jest po¶wiêcone na opisy prze¿yæ wewnêtrznych bohatera, to zupe³nie nie potrafiê sobie go wyobraziæ jako realn± osobê. Inna sprawa, ¿e ta precyzja opisu jest mo¿e w³a¶nie zagubiona w zbyt szerokich dywagacjach?
13-04-2006 09:22
Aramil Liadon
Ocena:
0
(+1) [troll]
Bardzo mi³o siê czyta³o ponimo tego, ¿e praca jest troche d³uga... Jak dla mnie mo¿e pozostaæ w takim stanie jak jest teraz, najwa¿niejsze ¿e autorka przekaza³a to co chcia³a;))
Natalio trzymaj tak dalej!!
15-04-2006 19:46
~Lolas

U¿ytkownik niezarejestrowany
Ocena:
0
(+1) [troll]
Suuuuuuuuper.I w dodatku takie d³uuuuugie :))
GRATULUJE !!!!!!!!
28-01-2008 12:18
~Psycho tata

U¿ytkownik niezarejestrowany
Ocena:
0
(+1) [troll]
ca³kiem niez³e ale stanowczo za d³ugie bior±c pod uwagê tre¶c
07-02-2008 15:10

Komentowanie w tym dziale dostêpne jest po zalogowaniu.
Konto Polter Plus
Wyszukiwarka graczy i MG

Sklep z grami - Rebel.pl

Konkurs

Bloguj±

17 V :: Szept :: Nadesz³a Gra cz. 7 (4)
16 V :: zegarmistrz :: Rozdzia³ 1: Areszt dla N... (11)
16 V :: Eliash :: W imiê pokoju - raport nr 3 (6)
16 V :: Ruffle :: Steampunk MMO (Made in China.... (4)
16 V :: bohomaz :: A sze¶æ lat temu... (22)
16 V :: Onslo :: Universal Brawlin' System (17)
16 V :: nerv0 :: Moje ma³e inspiracje (32)
16 V :: repek :: WH3 okiem fanboja: Lure of Pow... (10)
15 V :: Aesandill :: Dwa s³owa o Zombie w RPG (38)

Na forum

Odpowiedzi: 327
Ostatni post: Ureus
Odpowiedzi: 8
Ostatni post: Ureus
Odpowiedzi: 161
Ostatni post: Ureus
avatar Odpowiedzi: 21
Ostatni post: Rukasu
Odpowiedzi: 11
Ostatni post: Necron092

Najaktywniejsi

Facebook