Autor:
Mirosław 'Tancred_de_Beauville' KuśnierzIlustracje: piotr 'chrzan' chrzanowski
Redakcja: Karolina 'Viriel' Bujnowska

Louis długo i uważnie zastanawiał się nad słowami Melisandy. Ważył je w sercu, jakby były przepełnione boską mocą, którą kobieta bez cienia wątpliwości władała. Nie, tym razem to nie miało nic wspólnego z boską mocą, był tego pewny. Melisanda była niczym bogini, pełna majestatu tak dla szlachty jak i dla pospólstwa, ale nie dla niego. Sama jej obecność sprawiała, że jego serce biło szybciej i czuł się o wiele lepiej, niż w czasach gdy jej nie było. Nie chciał tego uczucia określić mianem miłości, bo jeśli miała być to zwykła miłość, to nie płonęliby taką namiętnością w chwilach, gdy dane było im się spotykać się bądź widzieć. Nie wiedział czy czyni dobrze, gdyż za młodu był przestrzegany przez krewnych, że z Pannami Graala trzeba postępować ostrożnie. Słyszał jedynie otoczone wielką czcią opowieści o nich.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Gdy wyruszył na szlak jako błędny rycerz, odwiedzał różne zamki i poznawał ich władców. Słyszał tam przeróżne historie, inne od tych, które poznał za młodu. O ckliwych damach o białym nietkniętym słońcem obliczu, pięknych kurtyzanach, którym dane jest zwiędnięcie, niczym kwiatu. Czasem niektórzy opowiadali o czynach Panien Graala. Najczęściej były to pieśni o cudownym ocaleniu dzięki łasce Pani przyzwanej na świat przez jej służebnicę, o urodzaju jaki podobno potrafiły zapewnić, o wielkim dobru jakie miały zarezerwowane w sercach nie tylko dla szlachty. Z rzadka tylko słyszał podszyte lękiem oskarżenia wobec nich, iż są niepotrzebne. Takie słowa zdarzały się wymknąć podpitym biesiadnikom, ale bardzo rzadko. Nieliczni z rycerzy, gdy wino rozwiązywało im języki, wspominali o miłości, jaką obdarowały tylko ich. Oczywiście większość z ucztujących wyśmiewała ich, sugerując odstawienie wina na bok i udanie się na spoczynek. Słyszał różne informacje o Pannach Graala, ale dzięki nim pojął, że każda z tych kobiet może mieć dwie natury. Jedną pełną chłodu i dworskiej oficjalności, zazwyczaj nacechowaną dystansem do wszystkiego i wolną od zmartwień. O tej naturze wiele słyszał, a nawet miał okazję ujrzeć gniew Panny Graala na własne oczy. Melisanda jednak miała i drugą naturę a jemu dane było poznać tę jej część, którą w sercu nosi każda niewiasta wiodąca prosty żywot.
Gdy rozmyślał, cały czas powracała do niego chwila, kiedy wyciągnął ją z rzeki i pierwszy raz dane mu było spojrzeć w jej oczy. Cała była mokra a biała suknia aż nazbyt przylegała do jej delikatnego ciała. Czym prędzej oddał jej własny płaszcz. Nie było w niej ani trochę dostojeństwa i powagi jaką miały wszystkie Panny Graala, które widział w trakcie swojego krótkiego życia. Pierwsze słowa i gesty jakie wymienili spowodowały u niego wzmożone bicie serca. To dzięki niej, parę godzin później, przeżył starcie z potwornymi bestiami Chaosu na pograniczu Masywu Orków. Nie był pewny tego, co czuł, lecz wspomniał słowa dziadka:
"wnuku, dla mężczyzny nie ma większego skarbu niż niewiasta, która jest jego ostoją i ozdobą, ale wiele trudu włożysz nim ją znajdziesz". Wahał się, czując iż jest niegodny samego spoglądania na służebnicę Pani Jeziora. Również słowa dziadka Henriego należało traktować z dystansem, gdyż nie zawsze były brane pod uwagę przez krewnych. Trudno się dziwić, bowiem rzadko kto w Bretonii postrzega za godne zajęcie studiowanie starożytnych ksiąg, spisanych w klasycznym lub eltharinie. Nie mówiąc o stosowaniu zawartych w nich mądrości. Dziadek kochał dzieła zapisane w pradawnym języku, używanym niegdyś w Tilei. Przez co miał niezwykłe poglądy, jak na mieszkańca Królestwa Bretonii, a w życiu zawsze stosował się do zdobytej w ten sposób wiedzy. Przywołując wspomnienie chwili, gdy poderwał ją z niebieskiej toni niczym biały kwiat lilii oraz wziąwszy pod uwagę słowa swojego kochanego dziadka, myślał nad tym, co w tej sytuacji powinien zrobić.
***
Melisanda siedziała w dużym pokoju, który znajdował się w bezpiecznym donżonie Zamku Blois, położonego niedaleko Przełęczy Szarej Pani. Z wysokiego okna komnaty miała doskonały widok na całą pokrytą polami oraz nielicznymi drzewami okolicę. Nieopodal majaczyły białe szczyty potężnych Gór Szarych. To gdzieś tam przebywał obecnie Louis wraz ze swoimi wiernymi towarzyszami. Wczorajsze przechwałki młodego barona Noktera wytrąciły go z równowagi, już mieli porwać się za miecze. Lecz baron Giscard poprosił ją aby znalazła sposób na rozwiązanie tego problemu. Nie chciała aby polała się krew i mimo wszystko w duchu wsparła Louisa. Wszakże gdyby młodemu baronowi coś się stało, jej rycerz mógłby mieć duże problemy z żądnymi zemsty braćmi oraz rycerzami na służbie barona, którzy bez cienia wątpliwości wyzwali by go na pojedynek. Nie chciała go stracić, ponieważ był jej najdroższym człowiekiem na świecie. Ale wiedziała, że musi postąpić tak, jak ją uczono od najmłodszych lat. Miała tylko nadzieję, że powzięta decyzja była tą najlepszą dla Louisa.
***
Wraz z towarzyszami przepatrywał ruiny zamku w poszukiwaniu śladów bestii, która ponoć od paru miesięcy zamieszkiwała tę okolicę. Taka była wola Pani, przekazana mu przez Melisandę. Zarówno on, jak i ten młody pyszałek Nokter musieli podjąć się zadania, aby uniknąć ośmieszenia. Louis chciał w pojedynku na kopie lub miecze pokonać oponenta, jednak wtedy na prośbę barona w spór została wmieszana ona. Nie zadała zbyt wielu pytań, nie szukała o winnych. Za to znając całą sytuację, władczym tonem obu nakazała dowieść sprawności w walce z realnym zagrożeniem Bretonii.
"Rycerze Króla powinni rozlewać krew niegodziwców i bestii zagrażających ludowi Królestwa, nie zaś między sobą" – powiedziała i nikt nie ważył się jej sprzeciwić.
W wyniku tego już drugi dzień wraz z wiernymi druhami poszukiwał śladów potwora, który według okolicznych chłopów miał trzy głowy, z czego jedną zionącą odorem, aż wszystko gnije, długie łapy niezdatne do niczego, tułów przygarbionego człowieka oraz brązowe futro.
"Ci zabobonni wieśniacy" – myślał w duchu, wszakże kto inny mógłby wymyślić taką szkaradę.
- Panie, za załomem jest kilka rzeczy, które mogą nam pomóc w poszukiwaniach z chwili zadumy wyrwał go Jules.
- Ślady? – zapytał Louis.
- Też, ale nie tylko – odpowiedział mu cicho Jules.
- Ruszajmy więc – głośno odparł rycerz.
Przeszli tuż koło donżonu, niegdyś pięknego, solidnego i mocno umocnionego, obecnie pełnego chwastów i krzewów z małym drzewkiem wyrastającym w miejscu, gdzie dawniej była główna sala. Wszędzie leżały różnej wielkości kawałki skał, ściany były jakby skruszone od uderzenia, koło nich zaś prawie zawsze spoczywał znacznej wielkości kamień. Gdyby nie to, że polowali na drapieżną istotę, Louis pewnie długo zastanawiałby się nad historią i losem mieszkających tu kiedyś ludzi, jak to zwykł czasem czynić w spokojniejszych chwilach. Zeszli po zboczu, do miejsca gdzie kawałek murów runął w dół. Wszędzie leżały resztki muru, który odgradzał mieszkańców warowni od otaczającej wzgórze dziczy. W dole, u podnóża zwaliska drobny Jules, o zawsze czerwonym nosie, i tęgi, mocno zarośnięty Jacques znaleźli niewielką zapadlinę. W niej spokojnie spoczywały bielejące się kości. Jak słusznie zauważył zwiadowca, były tu także zmasakrowane części ciała, najprawdopodobniej świeże – swoje odkrycie wskazał pozostałym ostrzem rohatyny.
Jules dokładnie przejrzał okolicę, każdy krzak, każdy mniejszy kamień, wreszcie odnalazł to, czego szukał. Wiele krzaków, a nawet gałęzi drzew nosiło ślady złamania trochę powyżej jego głowy. Czymkolwiek było to, co pozostawiło takie ślady, przeklinał w duchu zadanie zlecone przez Melisandę. Z ową damą łączyła jego pana większa zażyłość, o której wiedzieli tylko nieliczni. W duchu przeklinał ją i jej podobne, bo w istocie całe zło świata to ich dzieło, jak mawiali jego ojciec Renard i dziad Hugo. Bał się pokazać panu ślady, ale też bał się utraty jego zaufania. W ostateczności, zgodnie z tym, co zawsze sobie powtarzał, stwierdził iż pierwszy i ostatni raz pcha się w potyczkę z bestią. Po czym rzekł głośniej:
- Panie, tutaj są ślady, niestety musimy ruszyć pieszo, albowiem ścieżką nasze konie nie pojadą. Jest zbyt stroma aby ryzykować.
Rycerz przyjrzał się uważnie ścieżce, którą wydeptał zapewne jakiś większy leśny stwór, czy nawet owa bestia. Rozważał czy przypadkiem rok temu nie zjeżdżali gorszą drogą, po to aby odciąć stadu orków drogę odwrotu na przedgórzu Górach Szarych. Tamten zjazd był wtedy bardziej stromy, ale za to nie obfitował w taką ilość chaszczy, krzewów i drzew.
– Panie, nasze konie uciekły! - obydwaj usłyszeli krzyk Jacquesa.
Niczym na rozkaz, pobiegli do niego i razem ruszyli do miejsca, gdzie wcześniej zostawili wierzchowce. Uciekły i żadnego nie było w zasięgu wzroku. Jules zaczął szukać śladów, ale nie mógł ich znaleźć – konie zapewne popędziły drogą w dół. Innej ścieżki znaleźć nie mogły. Zwiadowca pilnie obejrzał miejsce, gdzie stały przywiązane.
– Nie wyrwały się, były dobrze przywiązane – stwierdził sucho - ktoś musiał rozciąć mocowanie. Zawsze coś musi się nam przydarzyć, jeszcze do tego te chmury, panie.
Rycerz spojrzał na niebo, faktycznie od południa się chmurzyło. Jak mawiali mieszkańcy wschodniego Parravonu; takie chmury co nadchodzą z nad Loren, dobrze użyźniają glebę, ale także siadają na rozum. Zastanawiał się, czemu ci ludzie dają wiarę takim przesądom. Czy są aż tacy ciemni? Obejrzał się po swoich wiernych druhach, mieli wino, trochę wody oraz odrobinę prowiantu. Konno czy też pieszo upoluje bestię i w chwale wjedzie do Zamku Blois, gdzie czeka go większa nagroda, niż sława, o którą powinien zabiegać i o której być może kiedyś ułożą pieśni trubadurzy.
- Ruszamy szukać bestii – rzekł to, czego i tak spodziewali się usłyszeć.
Parę lat wędrówek po królestwie z Louisem sprawiło, że mogli domyślać się, co powie w takiej czy innej sytuacji. Jules nie mówiąc nic, zabrał przecięte lejce. Co jak co, myślał, bestia pożarłaby konie, za tym rozcięciem zaś musi stać gorsze stworzenie - człowiek, a dokładniej, ludzka zdrada.
Niebo chmurzyło się tuż nad zalesionym sosnami zboczem, po którym schodzili. Jules co jakiś czas przykucając, bacznie przyglądał się śladom stóp i połamanym wokoło krzakom i gałęziom. Gdzieś w oddali głośno, niczym huk wielkiego wodospadu, zagrzmiało. Burza nadchodziła, a oni nawet nie mieli gdzie się schronić. Las jedynie częściowo osłaniał ich przed deszczem i wiatrem, który mocno smagał wierzchołki drzew. Wszyscy rozejrzeli się dookoła, pierwsze błyskawice, niczym okręt prujący morze, rozdarły niebo. Ścieżynki i leśne dróżki po chwili zamieniły się w strumienie, nie mogli już tędy schodzić, o czym bardzo dobrze wiedział wierny zwiadowca. Rozejrzał się za kryjówką, po czym rzekł:
- Panie, tutaj na pewno będziemy bezpieczni na czas burzy.
Louis, zdając się na jego wiedzę, ruszył za nim do bezpiecznego schronienia. Niewielka, pusta i ciemna grota w zboczu wzniesienia wydawała się być oazą spokoju w zaistniałej sytuacji. Jules dobył z torby pochodnię i zabrał się za jej rozpalenie, aby wnieść choć trochę światła do tego miejsca. Wierzył bowiem, że mając światło będą bezpieczni. Uważał, że zgodnie z powtarzaną przez jego dziada baśnią, jest ono darem Ulryka dla ludzi.
***
Kilka postaci na skraju lasu zapolowało, niczym chmara wilków opadająca bezbronną zwierzynę. Szybko obezwładnili swą ofiarę, po czym przerzucili przez konia. Z góry majestatycznie spoglądały na nich ruiny prastarej fortecy. Jeden z nich zawiózł, zgodnie z rozkazem, radosną wiadomość do kilku większych wsi, położonych niedaleko wzgórza. Reszta jeźdźców zatoczyła krąg, po czym wraz z łupem ruszyła w stronę domu. Z południa nadciągały ciemne chmury, więc musieli się spieszyć. Czyny jakich dokonali może nie były wielkie, ale z pewnością mogły zapewnić im względny spokój, a może nawet względy barona. Potrzebowali tylko jeszcze jakiegoś argumentu, aby potwierdzić swoje trofeum. Skazanie niepiśmiennej wieśniaczki za zbrodnie, których nie popełniła nie było trudne. Zresztą, któż inny by się krzątał wśród przeklętej twierdzy, jak nie jakaś wiedźma? Któż inny mógł odpowiadać za śmierć ginących w tej okolicy rycerzy? W głowie powstawał plan, który miał okryć pomysłodawcę chwałą a być może zwrócić czyjąś uwagę na jego osobę. Czy ktoś mógł mu przeszkodzić?
***
Wszyscy milczeli, żaden z nich nie miał ochoty na rozmowę. Na zewnątrz lało i nawet drzewa nie zapewniłyby im ochrony przed deszczem. Co jakiś czas niebo rozświetlała błyskawica, grzmiało. Prawdziwe oberwanie chmury, jakie jeszcze nigdy nie spotkało ich na szlaku. Zawsze wcześniej znajdowali schronienie w bezpiecznym zamku, ciepłej chłopskiej zagrodzie bądź karczmie oferującej strudzonym wędrowcom wiele rozrywek. Ogień pochodni rozświetlał jaskinię. Ściany pokryte licznymi malunkami wydawały się jakby tańszą oprawą bretońskiego zamku. Trochę dalej znajdowało się coś, co niegdyś mogło być paleniskiem. Rozrzucone kamienie, z których część nadal tworzyła coś na kształt koła. Louis zaczął przyglądać się naściennym malowidłom. Na niektórych były przedstawione łosie nie mające kolan, na innych wielkie dziki. Pomiędzy zwierzętami znajdowały się sylwetki jeźdźców dosiadających koni, którzy mierzyli do zwierzyny z łuków, bądź dzierżyli włócznie. Nie wszyscy ludzie dosiadali koni, część polowała pieszo. Po prawej stronie, jak myślał, znajdowała się wioska, pełna mieszkańców. Zapewne dawny artysta chciał ukazać żony myśliwych i ich dzieci, do których codziennie dane im było powracać z polowań. Ciekawe, kto stworzył te malunki? Zapewne musieli to być uciekinierzy z Imperium, przecież w Bretonii tylko zbrojni mogą ruszać z łukiem do walki na grzbiecie wierzchowca, ale żaden myśliwy tak nie uczyni. Szlachta poluje na grubego zwierza mając w dłoni rohatynę, a nie jakąś zdradliwą broń.
Jules w tym czasie przyglądał się załomowi w jaskini, po czym rozświetlając ten obszar, ze zdziwieniem stwierdził, że poznali zaledwie małą część groty. Od pewnego czasu podążali wąskim wydrążonym w skale tunelem, być może dobrym dla krasnoludów, ale nie dla ludzi. I chociaż żaden z nich nie był wybitnie wysoki, to i tak mieli problem, gdyż byli zmuszeni do częstego schylania się. Gdzieniegdzie ze ścian kapała woda, było ciemno i tylko światło pochodni trzymanej przez Julesa pozwalało im iść naprzód. Droga pięła się mozolnie do góry, miejscami ściany tunelu były jakby kruszone przez potężne konary drzew. W końcu przeszli cały tunel i dotarli do miejsca, które zapewne było częścią ruiny. Wszystko stało tutaj jak dawniej, widocznie nikt z atakujących nigdy nie odkrył tego pomieszczenia - zbutwiałe łóżka oraz beczki, kufry, skrzynie. Gdzieniegdzie walały się podniszczone przedmioty osobiste, niegdyś piękne suknie, pantofle, rozbite lusterko, jakaś szmaciana lalka. Leżały w bezładzie, jakby ktoś zostawił je tutaj na wieki. Dokładnie obszukali pomieszczenie, nie było do niego żadnych drzwi. A więc musiało być jakieś inne wejście. Ogień pochodni pomógł im odkryć miejsce domniemanych tajnych drzwi.
***
Wielka radość ogarnęła serca mieszkańców Zamku Blois, albowiem syn ich pana, młody rycerz Nokter na czele grupy swoich sług dorwał tajemniczą bestię, która pustoszyła okolice ruin Zamku Monsegur. Młodzieniec dumnie wszedł po kamiennych schodach do centralnej części twierdzy, zaś jego zbrojni zaprowadzili do lochu pojmaną w lesie wiedźmę. Nokter skłonił się przed ojcem i powiedział:
- Istota, która tyle zła uczyniła naszemu majątkowi i dzielnym rycerzom, którzy na nią polowali, spoczywa w naszym lochu. Udaje niewinną niewiastę, lecz pod słabym ciałem kryje się zapewne wielkie siłą stworzenie.
– Więc bestia jest nasza, cieszmy się, a jutro oddamy ją płomieniom by zło zostało wypalone na zawsze. Cieszmy się, bowiem nasza ziemia odetchnęła wreszcie ulgą – odrzekł baron Giscard.
Gwar rozgorzał w wielkiej sali donżonu, słudzy poustawiali stoły, a nadworny trubadur rozpoczął pieśń na chwałę Pani i jej rycerzy. Dziś wieczorem mieli się bawić i ucztować i tylko Melisanda, której oznajmiono powrót jednego z łowców, pozostała myślami zupełnie gdzieindziej.
***
Wszystko co minęli w piwnicach było zniszczone, w wielu miejscach pośród kości leżały rdzewiejące miecze i resztki pancerzy. Krwawa walka musiała zostać stoczona aż do czeluści zamkowych piwnic. Schody prowadzące na powierzchnię usiane były kośćmi. Wreszcie wyszli na zewnątrz. Tego miejsca jeszcze wcześniej nie widzieli, było ukryte za donżonem. Louis westchnął ciężko, po czym jako pierwszy wyszedł na dziedziniec. Kamienie były śliskie, lecz na szczęście już nie padało. Powoli zapadał zmierzch, coś w oddali przebiegło między murami.
- Panie - rzekł Jacques – chyba coś przebiegło między wyrwą w murze. Być może tego szukamy, już tyle się tu męczymy.
– Nie wrócimy do zamku nim nie spełnię zadania Melisandy – odrzekł Louis.
W swoim uporze nie dopuszczał nawet myśli o klęsce, zresztą cóż wtedy pomyślała by o nim Melisanda? Być może było jej to obojętne, jednak zawsze dotrzymywał słowa, zwłaszcza tego danego swej pani. Rycerz nigdy nie zawiedzie, ani nie da powodu do smutku swej damie. Wiedział, że chciała jak najlepiej, więc nie chciał jej zawieść. Poza tym jakby patrzyli na niego dworzanie barona Giscarda oraz ten smarkacz Nokter?
- Znajdziemy bestię, zabijemy i w chwale wrócimy do zamku – powiedział, a oni przytaknęli, jak to mieli w zwyczaju w podobnych sytuacjach.
Zawsze po takim polowaniu dostawali, w zależności od majętności pana, kilka denarów czy złotego ecu. Czasem Louis kupował im zacną strawę i wino, na jakie nie było ich stać. Myśl o nagrodzie sprawiła, że tym bardziej chcieli wykończyć bestię.
Gęste ciemności, jakie nad ruinami rozwarła noc, rozerwało dzikie ujadanie. Towarzysze rozglądali się nerwowo dookoła siebie, tylko Louis starał się zachować pozory spokoju. Lecz w duchu obawiał się tego, co może ich spotkać. Gdzieś na zboczu posypały się luźne kamienie, które niegdyś były twardym murem.
- Musimy się rozdzielić. Pójdziecie razem, przez wyłom i okrążycie zamek idąc do leża, ja zaś przejdę przez bramę i także tam dotrę - zadecydował.
Światło księżyca rozświetlało rycerzowi drogę. Przeszedł przez bramę, wydawało mu się, że coś przemknęło między drzewami za bramą. To coś bawiło się z nim, wszakże znało teren. Ściskany w ręce miecz dodawał mu pewności siebie, serce pokrzepiała myśl o uśmiechu damy, która bez cienia wątpliwości czekała na jego powrót w bezpiecznym Zamku Blois.
***
Na zamku wszyscy dobrze się bawili i tylko niektórzy zastanawiali się, gdzie może być Louis wraz ze swoją świtą. Melisanda dumała nad tym ignorując słuchaczy i jawnie lekceważąc wychwalającego się swym czynem syna barona. Wreszcie chcąc dać zbawiennego pstryczka w nos młodemu rycerzowi, zażyczyła sobie obejrzeć ową bestię. Podpity winem Nokter zgodził się na to bez chwili zastanowienia, zresztą powoli nawet zaczął gorąco wierzyć w to, że rzeczywiście pojmał bestię. Gdy spoglądał na zgrabną szyję Melisandy przez chwilę świtał mu w głowie niecny uczynek, jednak jedno jej spojrzenie wybiło mu z głowy czyn, jakiego może mógłby się dopuścić na damie lub wieśniaczce, ale nie na służebnicy Pani. Przeszła przez pomieszczenie jak owa burza, która właśnie dobiegała ku końcowi. Wszyscy schodzili jej z drogi, gdy kroczyła przez salę, w swej długiej purpurowej sukni. Słudzy od razu narzucili jej czerwoną pelerynę, długie ciemne włosy spływały kaskadami na ramiona i plecy. Wszyscy szeptali, spoglądając za nią lub na nią, z czego dworzanie mający u swego boku żony czynili to ukradkiem.
Strażnicy trzymający wartę u drzwi do lochów przepuścili ją bez słowa, a Notker szedł za nią potykając się. Bacznie obserwował jej ruchy, wydawało mu się że mogłaby być jego. Stanęli przy celi, w której była tylko krucha dziewczyna. Strażnik otworzył kluczem drzwi. Melisanda weszła do środka i stanęła nad dziewczyną, dotykając jej głowy swymi zadbanymi dłońmi – chwilę medytowała po czym obróciła się. Nokter stał tuż za nią, biła od niego mocna woń wina. Wydawało jej się przez chwilę, że wzrokiem zniszczy tego łgarza. Ta niska, rudawa dziewczyna nie była krwiożerczą bestią. Młody baron skulił się niczym raniony zwierz i czmychnął z celi przed wzrokiem Panny. Nie myślał, że ta kobieta może być aż tak inteligentna. Tylko skąd mogła wiedzieć o jego oszustwie? Na pewno Pani miała na to wpływ i teraz mu się oberwie za kłamstwo jakiego dopuścił się wobec Niej oraz jej służebnicy.
Melisanda pomogła powstać niewiele niższej od siebie dziewczynie. Kazała odstawić ją do swojej komnaty i umyć, sama zaś nie bacząc na to, że jest noc, ruszyła do stajni po swego wierzchowca. Czarnogrzywego, bo takie imię nadała koniowi, otrzymała jako dar od Kasjana – młodego diuka Parravonu. Straż strzegąca wrót nie ważyła się nie usłuchać jej rozkazu. Baron gdy tylko dowiedział się o jej wyjeździe, rozkazał Nokterowi zebrać jeźdźców i ruszyć za Panną aby nic się jej niestało, w końcu była gościem, jaki rzadko się trafiał na Zamku Blois.
***
Louis dochodził do miejsca, gdzie bestia ustanowiła swoją diabelską spiżarnię. Usłyszał z tyłu trzask łamanej gałęzi, nie udało mu się w porę odwrócić. Bestia spadła na niego niespodziewanie, oboje padli na ziemię, a stwór starał się rozerwać jego kolczugę. Próbował się podnieść, ale był praktycznie bezradny, niczym zaszczuty psami zwierz. Gdy jednak jakimś cudem mu się to udało, ujrzał tuż przed swoim nosem łapę z długimi pazurami. Z trudem udało mu się odepchnąć je od swego gardła, resztkami sił hamował poczwarę przed odebraniem mu życia i szczęścia, jakie na niego czekało. Wtem usłyszał okrzyki swoich wiernych druhów, a bestia warknęła gdy wypuszczony z kuszy bełt wbił się w jej ciało. Zluzowała uchwyt lewej łapy, którą musiała już solidnie poszarpać kolczugę. Louis z trudem odepchnął łapę, po czym uwolniony od jej ciężaru obrócił się i solidnie uderzył poczwarę tarczą. Piana toczyła się jej z pyska, złowrogie czerwone ślepia pałały żądzą krwi.
Chciała w mig rozszarpać bezbronnego rycerza, lecz Jacques zastąpił jej drogę zbrojny jedynie w swą rohatynę. Rycerz szukał wzrokiem swego miecza. Odnalazł, lecz bestia wyczuła jego intencję. Był pierwszy, mimo to cios potwora rozwalił mu tarczę. W tej chwili upadł na leśne poszycie sporej wielkości gałąź. Tym razem cios należał do niego, bryznęła krew z ramienia bestii, ale tylko ją to rozsierdziło. Louis cofał się teraz przed jej ciosami dopóki nie wywrócił się na kamieniu, którego nie dostrzegł. Poczwara rzuciła się, aby jednym susem dopaść rycerza, ten wystawił tylko na wprost swój miecz. Wiedział, że nie ucieknie, w duchu zanosił modły do Pani by dała mu jeszcze szansę. Jacques dźgnął rohatyną bestię, lecz broń utkwiła w cielsku, łamiąc się gdy te opadło na rycerza. Bestia w pełnym impecie nabiła się na miecz Louisa, ojcowski prezent jaki otrzymał na osiemnaste urodziny, gdy opuszczał mury rodowego zamku. Poczuł straszny ból w dłoni, którą dzierżył oręż, zacisnął zęby. Bestia upadła na niego wydając swe ostatnie tchnienie.
Obudził się o świcie, czuwał nad nim masywnie zbudowany Jacques, niskiego Julesa nie było w pobliżu. Leżał oparty o ten sam kamień, na którym naskoczyła na niego poczwara. Parę metrów dalej widział jej cielsko, które w świetle dnia wyglądało jeszcze straszniej niż w podczas nocy. Czuł ból w prawej ręce.
- Zagoi się – rzekł zbrojny, po czym dodał – do ślubu się zrośnie i będzie jak nowa.
Louis nie myślał teraz o ślubie, zresztą po co mu on, skoro są szczęśliwi bez niego. W tej chwili przeszła przez jego umysł ponura myśl, wszakże Panny Graala nie można wziąć za żonę. Wszelkie pieśni wędrownych trubadurów i wiersze poetów mówią jedynie o nieszczęśliwej miłości do służebnic Pani. W opowieściach rycerz, nie mogąc zaznać pełni uczucia, ruszał w niebezpieczne rejony Królestwa Bretonii. Udawał się w wysokie partie Gór Szarych, trzewia Lasu Arden, czy w kierunku niebezpiecznego Masywu Orków, aby swymi czynami zapisać się chociaż w pamięci potomnych, gdyż tylko na to mógł liczyć.
***
Melisanda pędziła przez noc, rzekoma eskorta, która miała jej towarzyszyć, została gdzieś w tyle. Nadszedł jasny świt, lecz nikt w trakcie podróży nie ośmielił się jej zatrzymać. Suknia falowała, rozwiane ciemne włosy fruwały na wietrze, jeździec i koń byli zespoleni niczym jedna istota. Intuicja gnała ją w stronę miejsca, gdzie powinien być jej ukochany, bała się, że go straci na całą wieczność. Ta myśl była przerażająca.
Z boku, koło polnej drogi, kątem oka dostrzegła trzy dobrze jej znane konie pasące się nad małą rzeczką, tuż koło brodu. Już niedaleko, pomyślała oglądając się dookoła. Tu i ówdzie stały małe, brudne wioski. Wydawały się jej znajome, lecz wiedziała, że to nie może być prawda. Jej uwagę przykuła stojąca na wzgórzu, niczym skała, najwyższa baszta ruin zamku Monsegur, zniszczonego, jeśli jej pamięć nie myliła, za odstępstwa od wiary miejscowego władcy i jego świty. Podobno nikt z innowierców nie ocalał z rzezi. Zginął baron wraz ze swymi rycerzami i zbrojnymi, a jego żona wraz córkami podobno zeskoczyły z muru, wybierając śmierć niż hańbę jaka mogła je spotkać z ręki zwycięzców. Królestwo obfituje w więcej takich historii, ale nie miała czasu na rozmyślanie.
Podjechała do koni, które uspokoiły się na jej widok i łatwo dały się ująć i prowadzić. Zatem po chwili ruszyła polną drogą w stronę lasu, nad którym górowała niegdyś potężna kamienna forteca.
***
Louis leżał nadal cały obolały, zaś jego zbrojny podawał mu wodę, którą nabierał dla niego w okolicznym potoku. Toteż obaj zdziwili się, widząc Julesa i gościa, który mu towarzyszył. Stąpała lekko po ziemi, a wszelkie rośliny jakie mijała, od najmniejszych grzybów i krzaków jagody, po paprocie i drzewa, wydawały się cieszyć jej obecnością, kierując ku niej swe pędy. Rycerz cieszył się niezmiernie, lecz nie był wstanie tego okazać. Zazwyczaj był o wiele sprawniejszy, nigdy też nie było mu dane spotkać prawdziwiej bestii. Co innego goblinoidy czy zwierzoludzie, ale oni nie byli kłopotliwymi przeciwnikami. Jego pani dotknęła go swymi delikatnymi, jasnymi dłońmi i zamknęła oczy. Patrzył tak na nią przez chwilę, po czym poczuł ulgę. Zasnął mając przed oczami obraz swej jedynej, która bezwątpienia była odbiciem Pani.
Melisanda przyjrzała się poczwarze, którą pokrywało gęste, brązowe futro, zaś zamiast dłoni miała długie czarne pazury. Bezwątpienia była to kiedyś istota ludzka, lecz pod wpływem spaczenia uległa strasznej przemianie. Współczuła każdemu przeklętemu przez Chaos, lecz tacy zawsze muszą spłonąć. Widziała dzieci dotknięte mutacją, kobiety, mężczyzn – drgało jej zawsze serce, gdy była zmuszona wydać werdykt skazujący na stos. Musiała tak czynić dla dobra innych, tak jak ją niegdyś uczono. Tylko niszcząc dzieła Mrocznych Potęg ogniem można zapewnić światu istnienie piękna. Odgłosy ludzi wyrwały ją z transu, przestała przyglądać się cielsku ponad dwumetrowej bestii zwracając swą głowę w stronę źródła głosów.
- Witam, bestia leży martwa! – powiedziała głośno swym niemal boskim głosem.
Nokter zaczął denerwować się na widok poczwary, która wywoływała w nim obrzydzenie. Widok leżącego rywala zapewne podniósłby go na duchu, gdyby nie to, że Louis ruszył ręką, szukając dłoni Melisandy.
Rozcięte lejce rzucone pod nogi przez Pannę Graala, zadziałały na młodego barona niczym kubeł zimnej wody.
- Tak się na bestie nie poluje – rzekła – aby zadośćuczynić Pani za oszustwo, fałszywe oskarżenie oraz niechybnie złamanie zadania wyznaczonego przeze mnie nakazuję – krople potu pociekły po czole Noktera, a ona mówiła dalej – aby pierwsza część skruchy została wyrażona poprzez odzianie się w chłopski strój i na klęczkach podążenie do Zamku Blois, gdzie być może dam dalszą szansę odkupienia winy.
– Szlachetna pani – odrzekł młody baron, a przez myśl przeszło mu kolejne oszustwo - przyjmę pokutę i dalsze zadanie...
– Jeśli zawiedziesz choćby w ciągu drogi - nie pozwoliła mu dokończyć - stracisz resztki szacunku u Pani.
Zacisnął zęby, zaś Jules na polecenie Melisandy dał mu chłopskie, przetarte szaty. Tak młody baron ruszył drogą, a oni nadal zostali wraz z rycerzami i zbrojnymi którzy przybyli z młodym Nokterem. Nikt nie sprzeciwił się jej woli, gdyż nie śmieli stanąć po stronie oszusta.
Przed południem wyruszyli w drogę, w pobliskiej wiosce Louis za garść pensów najął wóz wraz ze szczęśliwym z zarobku woźnicą. Ciało bestii miało zostać wystawione na Zamku Blois i spalone następnego dnia o świcie. Takie było jej polecenie i nikt się nie sprzeciwił temu, co powiedziała. Dopiero późnym wieczorem dotarli do twierdzy barona Giscarda. Na rozkaz Melisandy wystawiono truchło na widok publiczny, by dworzanie i chłopi mogli spojrzeć na bestię, która od wielu miesięcy była postrachem wśród żyjącego w regionie pospólstwa. Tylko medalion, który poczwara miała na szyi nie dawał Pannie Graala spokoju. Czym prędzej zamknęła go w ołowianej szkatule, którą zawsze trzymała w juku. Obawiała się, że to on mógł wywołać celowe zmiany. Jej rycerz powoli wracał do siebie, dzięki mocy Pani, którą na niego zesłała. Wieczorem, jak i w ciągu zbyt krótkiej nocy był już całkiem sprawny. To na jego cześć podczas uroczystej kolacji wzniesiono szlachetnym winem z doliny Gilleau liczne toasty. Nikt nie wspominał tego wieczora imienia Noktera, bowiem każdy na zamku potępił tchórza.
Waszym zdaniem...
Komentowanie w tym dziale dostępne jest po zalogowaniu.